Staś, czyli
najmłodszy ministrant
w parafii

To był maj 2018 roku. Wyjechaliśmy wtedy na rekolekcje Domowego Kościoła naszej parafii do Tenczyna. Rekolekcjom przewodniczył proboszcz naszej parafii, ks. Józef Więcek. Od rana jutrznia, spotkania w kręgach, konferencje jednoczyły wszystkich na modlitwach i rozważaniach. My z trójką małych dzieci (Hania 6, Krzyś 4 i Staś 2 lata) również uczestniczyliśmy w tych zmaganiach. Centralnym punktem dnia była eucharystia sprawowana w kaplicy domu rekolekcyjnego przez naszego księdza proboszcza. Zawsze na Mszy świętej mamy stałe miejsce – pierwszą ławkę. Wybieramy właśnie pierwszą ławkę, ponieważ nie ma tam klęczników, które rozpraszają dzieci. Dzięki temu lepiej umiemy skupić się na Eucharystii. Podobnie było i tym razem, usiedliśmy w pierwszej ławce, tuż przed ołtarzem. Pierwsza Msza święta, a po niej pytania naszego dwuletniego Stasia o Eucharystię. Jedno z nich dotyczyło znaku pokoju. Czy ja też mogę iść do proboszcza po znak pokoju? Niewielkie grono rodzin z naszej wspólnoty, nasz ksiądz proboszcz, mała kameralna kaplica. Powiedzieliśmy: „Tak. Możesz pójść.” Z niecierpliwością czekał do kolejnej Mszy świętej. Modlitwa Ojcze Nasz.. on już wiedział, że znak pokoju będzie za chwilę. Już był przygotowany. Na hasło „Przekażcie sobie znak pokoju” czekał tylko na nasze skinienie głową, że może iść. Kolejna Msza.. znów znak pokoju „od proboszcza” – jak to mówił.

To były weekendowe rekolekcje, zatem szybko powróciliśmy do domu. Nawet nie przyszło nam do głowy, że to dopiero początek sprawy „znaku pokoju”. W kolejną niedzielę uczestniczyliśmy we Mszy świętej w naszej parafii. „Przekażcie sobie znak pokoju” i znowu wielkie niebieskie oczy wznoszą się ku nam i czekają na skinienie. Ale zamiast skinienia, było tłumaczenie. „Stasiu wiesz tutaj jest duży kościół, jest służba liturgiczna, która chodzi do księdza po znak pokoju” i tak dalej i tak dalej. Na nic jednak się zdały. Rozpłakał się. Było mu ogromnie przykro, że nie mógł iść po znak pokoju. Nie dał jednak za wygraną. Pytał nas dlaczego nie może iść, dlaczego i dlaczego. W końcu, przystaliśmy na jego prośby i obiecaliśmy, że zapytamy o to księdza proboszcza. Proboszcz powiedział TAK. Oczywiście, niech chodzi do mnie po znak pokoju! I tak się stało. Od tamtego czasu Stasiu podczas Mszy świętej w tygodniu lub w niedzielę, chodził do księdza proboszcza po znak pokoju jako „przedstawiciel wiernych” 🙂

Ale okazało się, iż od tego wszystko się zaczęło. Widząc swojego starszego brata Krzysia „odprawiającego” msze w domu, sam zaczął „odprawiać” msze. Krok po kroku gromadził akcesoria i stroje liturgiczne. Niedługo później znał już nazwy wszystkich części stroju liturgicznego i akcesoriów. Zaczęły pojawiać się nowe pytania, aż któregoś dnia zapytał: „Czy uszyjesz mi komżę?” Odwlekaliśmy trochę temat uszycia tej komży. W końcu w domowych mszach funkcję komży może spełniać wiele rzeczy… ale determinacja i wytrwałość Stasia nie pozwoliły mu długo czekać. Znaleźliśmy krawcową, która szyje stroje dla ministrantów i uszyliśmy mu komżę. Kiedy ją dostał, powiedział, że chciałby służyć do Mszy, że chciałby zostać ministrantem. Miał wtedy trzy latka.

Nigdy nie widzieliśmy, aby tak mały chłopczyk służył do Mszy świętej. Ale ponieważ ponownie żadne tłumaczenia na nic się zdały, powiedzieliśmy tak: Stasiu, uważamy, że jesteś na to za malutki. Powiedział nam wtedy, że sam zapyta proboszcza. Po kolejnej Mszy świętej porannej w tygodniu powiedział, że będzie czekał na proboszcza przed kościołem. Stasiu pochwalił się, że ma komżę i zapytał, czy może służyć do Mszy świętej. Jakaż była radość, gdy proboszcz powiedział: „TAK Stasiu. Przychodź z tatusiem służyć do Mszy świętej.”

„Zaczęliśmy od porannych Mszy świętych w tygodniu” – powiada tata Stasia, który jest Nadzwyczajnym Szafarzem Komunii Świętej – „Bałem się, że niedzielna Msza święta dla tak małego ministranta będzie zbyt długa”. Jednak szybko okazało się, że jest bardzo wytrwały. „Jako szafarz podczas Mszy świętej komunikuję, czytam czytania, chodzę z kolektą – obawiałem się trochę tego, że będzie chciał iść wszędzie ze mną. Jednak tak się nie stało. Znał swoje miejsce i zawsze dzielnie czekał. Czasem tylko wodzi za mną wzrokiem, dając z ten sposób znak, żebym już przyszedł i stanął obok niego.” 🙂

Tekst i zdjęcie: Aleksandra i Jan Tonderowie