Służyć można na wiele sposobów

„Mam na imię Bartek i jestem wolontariuszem w Wolontariacie Misyjnym Salvator.” Tymi słowami witałem się z Państwem podczas kiermaszu misyjnego 7.04, podczas którego zbierałem środki na moją tegoroczną posługę w Zambii, skąd serdecznie pozdrawiam. Tylko kim właściwie jest wolontariusz misyjny? Co to znaczy być wolontariuszem i jak to się stało, że nim jestem?


Wolontariat Misyjny Salvator skupia młodych ludzi z całej Polski, w których zrodziło się pragnienie misji. „Dopóki żyje na świecie choćby jeden tylko człowiek, który nie zna i nie kocha Jezusa nie wolno Ci spocząć” to słowa, które stały się naszym mottem. Wypowiedział je o. Franciszek Maria od Krzyża Jordan – założyciel Towarzystwa Boskiego Zbawiciela, czyli zgromadzenia księży Salwatorianów, przy których działamy i czerpiemy z ich duchowości. Chcemy nieść Chrystusa w świat poprzez to, co najprostsze: dobro, uśmiech i obecność.

W moim przypadku bycie wolontariuszem misyjnym to poczucie służby, które na przestrzeni lat ewoluowało.  W wieku 7 lat rozpocząłem swoją przygodę z ministranturą, która w znacznej mierze ukształtowała mnie jako człowieka i wpoiła mi wiele zasad i wartości, którymi żyję do dziś. To także czas, kiedy służba w moim życiu przejawiała się przede wszystkim jako służba Bogu przy ołtarzu oraz poznawania Go przede wszystkim przy Jego stole. Na studia wyprowadziłem się do Warszawy, gdzie zacząłem działać w chórze i służyć danym mi talentem. Czułem jednak, że chcę dać od siebie coś więcej Bogu i ludziom. Po 4 roku studiów udałem się na pielgrzymkę do Częstochowy organizowaną przez śląskie duszpasterstwo młodzieży „Młodzi dla młodych”. Poznałem tam dwoje ludzi, którzy podczas drogi opowiadali o wolontariacie misyjnym i o ich niedawno zakończonej posłudze na placówce na Syberii. Mówili o tym czasie, o tej podróży na drugi koniec świata, jakby nie było to nic niezwykłego, niczym wyprawa na działkę w majówkę. Byli przy tym jednak przepełnieni pozytywną energią i otwartością na drugiego człowieka. Dzielili się świadectwami i historiami, jakie przeżyli razem z dziećmi, którym posługiwali. Opowiadali również o warunkach, w jakich żyją ludzie, a także o polskim księdzu, który postanowił spędzić swoją emeryturę działając tam. Idąc z nimi te kilka dni, słuchając ich wspomnień, nawet nie zauważyłem, jak zarazili mnie duchem misyjnym, którego nigdy wcześniej po sobie bym się nie spodziewał.

W październiku poszedłem na pierwsze spotkanie regionalne w Warszawie, gdzie poznałem strukturę i sposób działania organizacji. Wolontariat Misyjny Salvator podzielony jest obecnie na 6 regionów: śląski spotykający się przeważnie w Katowicach lub Gliwicach, elbląski, lubelski, krakowski, warszawski i wrocławski. Wolontariusze spotykają się co miesiąc na spotkaniach formacyjnych
w swoich regionach. Przygotowujemy się tam duchowo do bycia świadkami Jezusa w świecie. Ponadto 3 razy do roku odbywają się spotkania ogólnopolskie, gdzie cała wspólnota zbiera się i wspólnie kształci do dalszych działań. Jest to też czas, kiedy możemy się lepiej poznać przed wyjazdami. Trzecim rodzajem spotkań są Noce Nikodemowe, czyli pewna forma dni skupienia. Jest to czas, kiedy rozeznajemy nasze powołanie i możemy skupić się stricte na naszej stronie duchowej.

W ramach regionów działamy również w formie „misji tu i teraz”. W przypadku regionu Warszawskiego, w którym działam, pomagamy w fundacji Kapucyńskiej opiekującej się osobami bezdomnymi przygotowując posiłki, w fundacji L’Arche (domy Arki) zajmującej się osobami
z niepełnosprawnością intelektualną, wspomagamy księży w prowadzeniu rekolekcji dla młodzieży, tak jak w zeszłym miesiącu w Płochocinie, czy też prowadzimy zajęcia dla dzieci w świetlicach środowiskowych. Zwłaszcza w dwóch ostatnich przypadkach działamy dwutorowo. Podczas zajęć staramy się zarówno prowadzić gry i zabawy edukacyjne, jak i opowiadać o misjach, o innych krajach, ludziach, aby również w najmłodszych sercach siać już ducha misyjnego. Prowadząc zajęcia dla bierzmowanych, czyli ludzi już dojrzałych, po przełamaniu pierwszych lodów i nieśmiałości staramy się również poprzez rozmowę docierać do nich pokazując, że każdy jest misjonarzem poprzez swoją postawę choćby we własnym domu. Tego typu działania i prace są idealnym przygotowaniem do spotkania z drugim człowiekiem w innym zakątku świata. Już tutaj poznajemy ludzkie historie, dramaty, uczymy się pracować z dziećmi i docierać do młodzieży. Dzięki temu podczas posług na placówkach misyjnych, możemy od razu wykorzystywać te doświadczenie w praktyce.

Wyjeżdżamy pomagać księżom misjonarzom na całym świecie: Zambia, Tanzania, Syberia, Kazachstan, Filipiny, Ukraina, Węgry, Białoruś, Gruzja, Albania. Zazwyczaj na placówkach misyjnych jest jeden lub dwóch misjonarzy, którzy mają jeszcze pod swoją opieką kilka stacji misyjnych, które muszą odwiedzać i zapewniać zarówno opiekę duszpasterską, jak i katechezę, czy sakramenty.
W związku z tym, przy chęci zorganizowania jakiegoś większego przedsięwzięcia potrzebne są dodatkowe ręce do pracy, dlatego najczęściej jeździmy na placówki do konkretnych projektów. Jednym z nich jest organizacja wakacji z Bogiem (półkolonii) dla miejscowych dzieci, żeby przyciągnąć je do kościoła, aby później misjonarze mogli z nimi przeprowadzać katechezy w trakcie roku. Wielu z nas stara się dobierać zadania pod swoje wykształcenie i np. osoby po uczelniach medycznych jeżdżą pomagać w szpitalach, czy udzielać pomocy po wioskach, inżynierowie zajmują się pracami budowlanymi i technicznymi, a pedagodzy jeżdżą uczyć lub prowadzić warsztaty dla tamtejszych nauczycieli odnośnie efektywnego kształcenia.

W zeszłym roku przez cały sierpień posługiwałem wraz z 7 innych wolontariuszy na placówce w albańskim Bilaj. Wioska położona jest około 30 kilometrów od Tirany, jednak pomimo bliskości dużego miasta, ludzie żyją w ciężkich warunkach, a ich sposób myślenia i podejście do życia znacząco różnią się od tego, co można zobaczyć w pobliskim mieście.

Przede wszystkim są bardzo przywiązani do swoich zwyczajów i tradycji. Zarówno tych, które osobie z zewnątrz łatwo jest zrozumieć i zaakceptować, jak i takich, które wydają się nam nie do przyjęcia. Przykładowo pozycja kobiety w domu znacząco odbiega od europejskich standardów. Ich główną rolą jest pomoc mężczyznom w domu i gospodarstwie. Nie powinny pracować poza domem, samodzielnie opuszczać domów  i powinny wykonywać wszystkie prace domowe. Po zakończeniu jednych zajęć, gdy zacząłem zamiatać podłogę w kościele, podbiegły do mnie trzy 10-12 letnie dziewczyny. Wzięły ode mnie miotłę i zaczęły tłumaczyć mi, że jest to niegodne mężczyzny, że taka praca jest rolą kobiety. Dopiero po kilku minutach negocjacji udało mi się wyprosić możliwość współpracy, gdzie ja podnosiłem ławki, a one zamiatały. Innym przykładem mogą być związki damsko-męskie.  Gdy mężczyźnie spodoba się dziewczyna, to nie próbuje się z nią umówić, tylko idzie do jej ojca negocjować warunki i w dodatku to on je stawia. Ojciec niejako chcąc wydać córkę za mąż musi zapewnić jej spory posag, który pokryje koszta przenosin do nowej rodziny. Kobieta nie może odmówić, a okres narzeczeństwa również nie jest dla niej usłany różami. Nie może robić nic, co mogłoby być uznane za zhańbienie siebie i rodziny, a za to uznawane są również tańce na zabawach weselnych (które znacznie różnią się od tych, które znamy z Polski) czy rozmowa z innym mężczyzną bez obecności innego członka rodziny lub narzeczonego. Jednym z aspektów posługi duszpasterzy w tamtym rejonie jest uświadamianie kobiet co do ich wartości, a mężczyzn podchodzenia z szacunkiem do nich. Wolontariusze natomiast przez czas swojego pobytu dają świadectwo wartości tych nauk poprzez swoje zachowania wobec siebie, zwłaszcza w obecności innych.

Okazje do wykazania się takimi postawami mieliśmy praktycznie codziennie, ponieważ przez 6 dni w tygodniu prowadziliśmy „wakacje z Bogiem”, czyli zajęcia dla dzieci. W programie, który obejmował gry i zabawy integracyjne, sporo zabaw ruchowych czy sportowych, czy prac plastycznych, staraliśmy się wplatać motywy religijne i elementy katechezy. Jeden z tygodni, gdy było święto Wniebowzięcia NMP, całkowicie poświęciliśmy się tematyce Maryi. Odgrywaliśmy scenki z radosnych tajemnic różańca, tworzyliśmy wspólnie obraz Maryi, który do dziś wisi tam na ścianie czy robiliśmy laurki dla niej.

Ostatni tydzień przygotowywaliśmy wspólnie odpust parafialny i przedstawienie, które było adaptacją Małego Księcia. Wraz z dziećmi udało nam się stworzyć i omówić temat oswajania się z drugim człowiekiem. Jednak nie to, że przedstawienie było udane napełniało nas dumą. Podczas prac dzieci zaczęły ze sobą współpracować, odnosić się do siebie z szacunkiem, a osoby będące wcześniej na uboczu zaangażowały się i wykazywały inicjatywę.

Pokazało mi to, że taka forma ewangelizacji, poprzez swoją postawę i opowiadanie o wartościach wg jakich się żyje przynosi bardzo dobre rezultaty. Ponadto poznałem tam Yotiego, dwudziestoczteroletniego mężczyznę, który przez wiele lat był uczestnikiem takich półkolonii z Bogiem, jak nasza. Jednego wieczoru opowiedział nam o tym, jak wolontariusze wpłynęli na jego życie. Gdy miał szesnaście lat mówił jedynie po albańsku, a dorabiał sobie handlując marihuaną. Główną jego motywacją w życiu były pieniądze, pod które wszystko podporządkowywał. Przychodząc na jedne z zajęć ówczesnych wolontariuszy zobaczył, że ludzie poświęcają się dla innych za darmo i zastanowiło go to. Czuł też wstyd, że nie potrafi porozmawiać z nimi po angielsku w przeciwieństwie do kilku starszych kolegów. Zaczął pracować nie tylko nad językiem, ale i nad swoją postawą. Obecnie kończy politechnikę i chętnie dzieli się tym co ma, zarówno umiejętnościami, jak i materialnie. Dzisiaj, jak sam określił, nie wie czy wierzy w Boga, ale widzi Jego działanie i jest wdzięczny za to, co go spotkało.

W tym roku, między innymi dzięki Państwa wsparciu, udało mi się wyjechać w maju na 6 miesięcy na misję do zambijskiego Mungu – wioski położonej ok. 15 km do Kafue. Parafia położona jest w buszu, posiada 7 podstacji, kilkanaście mniejszych wspólnot chrześcijańskich. Do każdej z nich prowadzi polna, wyboista droga, a dojechanie tam zajmuje sporo czasu. Jedna z podstacji mieści się na wyspie, co dodatkowo utrudnia dotarcie tam księdza. Obecnie nad całą tą misją czuwa zaledwie jeden kapłan, Ksiądz Paweł Fiącek, salwatorianin, który poza obowiązkami duszpasterskimi dwoi się i troi, aby mądrze pomóc tym ludziom w ich codziennej egzystencji. Przez te kilka tygodni działaliśmy na wyspie Deepi. Aż trudno uwierzyć, że w XXI wieku istnieją miejsca takie jak to. Ludzie, a jest ich ponad 300, żyją tam bez prądu, a po wodę chodzą do oddalonej o 1,5 km rzeki. Sytuacja zaczęła się zmieniać 3 lata temu, gdy udało się wyremontować walący się budynek szkoły oraz wykopać nową studnię ręczną. Od mojego przyjazdu udało nam się zbudować instalację wodną ze zbiornikiem, elektryczną pompą zasilaną energią słoneczną i kilkoma kranikami, która pozwoli mieszkańcom wyspy Deepi zaoszczędzić sporo czasu i sił. Dzięki temu, funkcjonowanie szkoły stanie się o wiele mniej problematyczne, bardziej higieniczne, a miejscowa ludność będzie miała możliwość stworzenia własnych ogródków. Obecnie ich głównym, często jedynym posiłkiem jest shima (ugotowana mąka kukurydziana stanowiąca podstawę zambijskiej diety) oraz złowione ryby.  Wykonane przez nas prace pozwoliły także na ściągnięcie tam dobrego nauczyciela, który dba o właściwą edukację najmłodszych. Chcemy przede wszystkim pomagać poprzez dawanie narzędzi do rozwoju oraz konkretnych wskazówek. Wolimy dawać przysłowiową wędkę zamiast ryby, gdyż rozdawanie ludziom dóbr, pomimo tego, że szlachetne, prowadzi szybko do uzależnienia się ich od pomocy z zewnątrz. Naszym celem jest wsparcie społeczności w jej samodzielnym rozwoju, co zaowocuje również w dalszej perspektywie. Moja obecność tutaj pozwala Księdzu skupić się w pełni na jego podstawowym zadaniu – byciu duszpasterzem. Ja przejąłem tematy związane z pracami budowlanymi i technicznymi. Dzięki temu mogą one sprawnie iść do przodu, bez żadnych zaniedbań.

Obecnie szykujemy się do dwóch dużych projektów.  Pierwszym jest budową nowej szkoły dla dwóch wiosek naszej parafii. Aktualnie blisko 350 dzieci nie może znaleźć miejsca w szkole, żeby zdobyć choć podstawowe wykształcenie. Na dzień dzisiejszy trwają badania hydrologiczne pod budowę przyszkolnej studni (w celu zapewnienia wody do mycia rąk, ubikacji itp.) Wkrótce rozpoczną się również prace na wyspie Chansa. Powstanie tam nowa murowana kaplica gotowa pomieścić wiernych z wioski. Obecnie modlą się oni oraz zapraszają księdza na Msze do zbudowanej przez siebie małej kaplicy ze słomy i gliny. Ich zaangażowanie oraz chęć poznania Boga są godne podziwu. W samą Wielkanoc ksiądz ochrzcił tam blisko 50 dzieci, a wszystko wskazuje na to, że to nie był jednorazowy przypadek. Poza doglądaniem prac zajmować się będę koordynowaniem i transportowaniem materiałów do budowy.

Jeszcze raz dziękuję Państwu za wsparcie mojego przyjazdu tutaj.
To dzięki Wam mogę tu być, służyć wszystkimi moim talentami, pomagać innym i działać w imię Pana Jezusa.
Szczęść Wam Boże!

 

Bartłomiej Matera
Wolontariusz Wolontariatu Misyjnego Salvator

Foto: facebook