Parafię zmieniłem,
Patronka została.
Wywiad z klerykiem Szymonem
24.04.2021

Wywiad z akolitą Szymonem Griegerem odbywającym w naszej parafii staż duszpasterski przeprowadzony przez parafialną młodzież.


Młodzież: Staż na naszej parafii rozpoczął się kilka tygodni temu. Mimo to kleryk jest wciąż dla wielu osób osobą nową. Czy kleryk mógłby na początek opowiedzieć pokrótce o sobie?

Kleryk Szymon: Nazywam się Szymon Grieger i jestem klerykiem na IV roku w Wyższym Śląskim Seminarium Duchownym w Katowicach i jak wszyscy moi koledzy rocznikowi do maja będę w waszej parafii na stażu. Tutaj mogę sprawdzić, czy odnajduję się w życiu księdza, zobaczyć jak wygląda dobrze działająca parafia. Sam pochodzę z Piekar Śląskich, a dokładnie z parafii sanktuaryjnej. Tak się szczęśliwie złożyło że poszedłem „od Piekarskiej do Piekarskiej”. Mieszkam zresztą niedaleko Bazyliki.

M: Jak by kleryk określił swoją rodzinę pod względem wiary – pobożna, średnio wierząca, niepraktykująca?

Kl: Na chwilę obecną myślę, że jest trochę lepiej niż w takiej średniej śląskiej praktykującej rodzinie. Kiedy będąc w podstawówce poszedłem do ministrantów, moi rodzice robili po prostu to, co trzeba jako katolicy – niedzielna Msza, jakieś nabożeństwa, tyle. Sprawa się zaczęła zmieniać, kiedy byłem w oazie i potem gdy już poszedłem do seminarium. Moja mama zaczęła wierzyć bardziej świadomie, modliła się w domu Słowem Bożym, psalmami i tak dalej. U taty może nie jest to aż tak duży skok, ale też jest już lepiej. Rodzice nie wywodzili się z oazy czy innych ruchów, byli po prostu niedzielnymi katolikami.

M: A jak się kleryk znalazł na ministrantach i oazie?

Kl: Do szkoły przyszli animatorzy, zapraszali, zgłosiłem się. Zachęcony ich przykładem stwierdziłem, że spróbuję. Oaza była już tylko kontynuacją angażowania się w parafii.

M: Kim kleryk chciał zostać w przyszłości, jeszcze w czasach szkolnych?

Kl. W zasadzie od zawsze chciałem być lekarzem. Od dziecka było to moim marzeniem, miałem wzór w osobie lekarki, pani doktor pediatry. Nic innego się mnie nie imało, zawsze mówiłem o medycynie. Dlatego też poszedłem do liceum na klasę o profilu biol-chem (wraz z matematyką rozszerzoną). Potem jeszcze były takie wariacje, że chciałem iść na biotechnologię czy architekturę, ale jeszcze maturę pisałem pod medycynę. Co prawda potem mówienie, że idę na medycynę było raczej ucieczką od głównego tematu – mianowicie powołania.

M: To kiedy dotarła do kleryka taka myśl, żeby iść do seminarium?

Kl: Pierwsza taka myśl, taki płomyczek, był na mojej jedynce, rekolekcjach oazowych stopnia I. Właśnie wtedy, w dzień spowiedzi, dotarło do mnie, że jest też taka droga jak seminarium i że to też jest jakaś opcja. Spotkało się to u mnie z pewnym odrzuceniem, zastanawiałem się czemu akurat ja. Porozmawiałem wtedy z księdzem, a że było to po pierwszej liceum, powiedział: „Na spokojnie, masz jeszcze dużo czasu, nie przejmuj się”. No i przestałem się przejmować. W międzyczasie pojawił się związek z dziewczyną z tych rekolekcji. Po roku, w Wielki Czwartek w Ciemnicy te myśli wróciły. Następnie było zmaganie się z Bogiem, w sumie aż do matur. Ja nie chciałem, dyskutowałem, mówiłem, że nie, „że jak już skończę medycynę, to pójdę za Tobą”. Miałem w tym czasie kilka kryzysów: męskości, obrazu ojca i poczucia własnej wartości. Był też kryzys spełnienia zawodowego, bo co raz mniej chciałem być lekarzem. I tak po prostu nie czułem się szczęśliwy w swoim życiu. Było we mnie dużo różnych pragnień a Pan Bóg na różne sposoby, różnymi środkami, mówił, że jeśli pójdę za Nim będę szczęśliwy. Pan Bóg mówił mi to przez Pismo Święte, o. Szustaka, książki, rozmowy z ludźmi i rekolekcje oazowe. Potem w czerwcu wszystko to złożyło mi się w całość. Zrozumiałem, że rzeczywiście, jeśli chcę być szczęśliwy, jeśli chcę być lepszym człowiekiem, to to jest właściwa droga. Poczułem, że naprawdę powinienem pójść za Jezusem tak jak deklarowałem Mu to przez formację oazową. Wcześniej zawsze był we mnie ten rozdźwięk, chciałem wejść w to wszystko naprawdę, ale miałem opory, chciałem po swojemu.

M: A jak rodzice zareagowali na tę decyzję?

Kl: To było dość skomplikowanie. Poza mną nie mają więcej dzieci, dlatego było to trudne. Mama dość ciężko to przeżyła. To znaczy, zaakceptowała to, ale pozostał ból związany z tym, że mój wybór przekreślił jej możliwość na zostanie babcią. Więc to było trudne, najpierw samo dowiedzenie się o mojej decyzji, potem jeszcze sam wyjazd. Bo o seminarium powiedziałem im w sierpniu, a dwa miesiące później wyjeżdżałem do Brennej na rok zerowy do seminarium (pierwszy rok formacji klerycy spędzają osobno, na tzw. okresie propedeutycznym. Obecnie odbywa się w Kokoszycach – przyp. red.). To było trudniejsze, bo w domu zawsze byłem, a nagle mnie nie ma, wyprowadzka, prawie bez jakiegoś przygotowania, uprzedzenia. Tata jedynie co, to chciał wiedzieć, czy na pewno to jest przemyślana decyzja. Bo jeżeli przez pół wakacji maturalnych twierdziłem, że idę na medycynę, sprawdzałem listy (zresztą dokumenty składałem na pięć uczelni medycznych), to tata chciał wiedzieć, czy to przemyślane. Gdy powiedziałem, że tak, przyjął to ze spokojem. Dopiero po czasie dotarło do taty, że kończy się taki etap, że syn jest w domu, na wyciągnięcie ręki, tylko jest coraz dalej, poza domem.

M: Jak się klerykowi uczyło w zeszłym roku, kiedy musieliście wrócić z seminarium z powrotem do swoich domów?

Kl: To było bardzo nagłe, w dniu, kiedy zamknięto szkoły. Wieczorem przyszedł mail z uniwersytetu, że nie ma zajęć, a rano nasz rektor powiedział, że wracamy do domów. Wszyscy myśleliśmy, że to tylko na dwa tygodnie, ale wszystko się przedłużało. Formacja w domu miała swoje minusy. Byłem też przyzwyczajony, że jak się jedzie do domu, to na wolne, na urlop. Trudno więc było w domu wejść w rytm studiów, mimo, że mam dość komfortowe warunki, własny pokój itd. Trudno było wygospodarować czas na modlitwę czy inne rzeczy jak to było w seminarium. Bardzo doceniłem wtedy, że w seminarium jest kaplica pod ręką, ustalony plan, cisza wieczorna, że wszystko jest tak bardziej poukładane. W domu było również sporo męczenia się z sobą, ciągłe motywowanie się do pracy, układanie dnia. Studia też nie za bardzo zobowiązywały, bo mieliśmy je bardziej w formie wysyłanych zadań niż zajęć online. Plus tego czasu był taki, że byłem przez pół roku w swojej rodzinnej parafii. Wcześniej się to raczej nie zdarzało, kleryk wpada do parafii tylko na święta, ferie, większe uroczystości. I to był dla mnie czas umocnienia w powołaniu, tym bardziej, że było to już po obłóczynach. Po powrocie do seminarium marzyłem, żeby iść już na staż.

M: Czyli w zeszłym roku już właściwie kleryk odbył taki staż w swojej parafii…

Kl: W zasadzie tak. Co prawda za dużo nie mogłem, bo po obłóczynach to w sumie byłem tylko takim ministrantem w przebraniu księdza (śmiech). Ale już na przykład prowadzenie różańca czy nabożeństw – to już mogłem robić.

M: Mówił kleryk o rektorze, ale oprócz niego są też inni przełożeni. Jak to wygląda w seminarium?

Kl: Jeżeli chodzi o strukturę seminarium, to mam nad sobą trzech księży. Jednym z nich jest prefekt, mój przełożony, taki mój wychowawca. On jest od tego, żeby oceniać, czy my klerycy nadajemy się do bycia księżmi. Z prefektem mamy też najwięcej kontaktu. Jeżeli ktoś potrzebuje jakiegoś pozwolenia lub ma do załatwienia jakąś sprawę to najczęściej idzie do niego. Prefekt patrzy na to jaki jestem z zewnątrz. Jest też ojciec duchowny. To najczęściej również spowiednik, z nim mam kierownictwo duchowe, rozmowy na tematy dotyczące m.in. mojej relacji z Bogiem, powołania. Te wszystkie rzeczy zostają między nami, tak jak w przypadku spowiedzi. Trzecim księdzem jest rektor, który ostatecznie decyduje o wielu sprawach. Jeśli chodzi o nasze katowickie seminarium, to ksiądz rektor jest bardzo mądrym człowiekiem i często korzystam z jego rady.

M: Czy seminarium i Wydział Teologiczny jakoś się ze sobą łączą? Czy jest to jakoś rozdzielone?

Kl: Są to raczej dwie osobne instytucje, które za bardzo się ze sobą nie pokrywają. W seminarium mieszkam i formuję się. Ono jest od tego, żeby zrobić ze mnie księdza, szczególnie pod względem ludzkim i duchowym. Natomiast Wydział Teologiczny przede wszystkim ma zrobić ze mnie teologa, osobę, która zna się na Piśmie Świętym, nauczaniu Kościoła, Bogu. Godzinowo wygląda to tak, że zajęcia zaczynają się od ósmej, a kończą tak około popołudnia. Ten czas spędzam w budynku Wydziału Teologicznego, a od roku przed laptopem – jak zresztą wszyscy studenci.

M: A jakie przedmioty na studiach były albo są dla kleryka najciekawsze?

Kl: Mimo, że w liceum nie chciałem iść na studia teologiczne, to bardzo mi się one spodobały. A jeśli chodzi o przedmioty, które najbardziej polubiłem to na pewno jest to teologia fundamentalna z której piszę pracę magisterską. Zadaniem teologii fundamentalnej jest słuchanie świata i próba opowiedzenia mu Jezusie i jego dziele, dlaczego warto wierzyć, dlaczego warto być chrześcijaninem. Drugim takim przedmiotem jest chrystologia. Jest to nauka tym, kim był Jezus Chrystus, jak przez lata ludzie rozumieli Jego Osobę.

M: Jak kleryk wspomina ten czas, który do tej pory spędził już w seminarium? Czy dalej się kleryk utwierdza w tym powołaniu, czy były jakieś trudności?

Kl: Jeszcze półtora roku temu byłoby mi trudno odpowiedzieć na pytanie co mi dało seminarium albo czy miałem jakieś trudności. Idąc do seminarium nie miałem motywacji, że chcę być księdzem. Szedłem tam, bo Pan Bóg mnie wzywał. Rok przed obłóczynami miałem okres największego dotychczas kryzysu. To był czas rozmawiania z ojcem duchownym o tym, czy ja chcę być księdzem, dlaczego chcę, dlaczego jeszcze jestem w seminarium, co mnie tu trzyma. To był trudny czas, bo przedstawiałem swoje pomysły – że lubię uczyć w szkole, mówić o Bogu i tak dalej, a ojciec duchowny, jak to on, punktował to wszytko – „ale to możesz robić jako świecki, to też, to też”. Było to trudne, ale też bardzo rozwijające, bo ostatecznie odkryłem swoje powołanie do pracy z ludźmi. To był owoc tamtego roku. Ale dopiero po obłóczynach, będąc na parafii, odkryłem, że bycie księdzem jest super sprawą, że w ten sposób można spędzić całe swoje życie. Teraz kiedy patrzę wstecz na mój czas spędzony w seminarium, to widzę, że miałem takie etapy – najpierw tylko bycie w seminarium, rozeznawanie, potem czas kryzysu, pytanie siebie czego chcę, co chcę w życiu robić. Obłóczyny dodały mi skrzydeł i chcę iść dalej. Nie wiem co przede mną, być może jeszcze nieraz przyjdzie trudny czas. Ale to nie szkodzi – kryzys jest dobry, bo stawia człowieka w prawdzie. I od tej prawdy można zacząć budować od nowa.

M: A czy ma kleryk w swoim życiu takich księży, którzy stanowią pewien wzór? Księży, do których chciałby kleryk być podobny?

Kl: Tak, jest ich kilku. Są tacy od których czerpię, bo kiedyś ich spotkałem. Są też tacy z których czerpię tym więcej im dłużej się znamy. Warto tutaj wspomnieć o księdzu Krzysztofie Nowrocie, który jest dla mnie prawdziwym wzorem, umocnieniem i takim towarzyszem w zasadzie od liceum, gdy się poznaliśmy.  To jest niesamowite, że można tak bardzo być księdzem.

M: W nawiązaniu do ks. Krzysztofa, który kiedyś był u nas w parafii – jak się na razie podoba klerykowi nasza parafia?

Kl: Czekałem na to pytanie. Podoba mi się i cieszy mnie to, że ta parafia mimo pandemii żyje duszpastersko. Idąc na staż najbardziej czekałem na grupy parafialne, na możliwość podglądania jak to wszystko działa. Cieszę się, że grupy nie spotykają się przez Zooma, Teamsa i inne portale tylko na żywo. Czuję się też naprawdę ciepło przyjęty przez parafian i księży. Marzyłem też o tym, że kiedy będę na parafii, to będę wychodzić po Mszach św. do ludzi, że będę tak robił, albo starał się to wprowadzić. A tutaj tak jest, ksiądz proboszcz to robi. Cieszę się, że mogę być do dyspozycji ludzi.

M: Jakie ma kleryk talenty albo zainteresowania? Poza śpiewaniem.

Kl: Akurat co do śpiewu to myślałem, że raczej średnio mi wychodzi. Seminarium dość mocno pomogło mi w rozwoju. Bardzo lubię robić grafiki komputerowe. Lubię też sport. Z takich jeszcze z pobocznych talentów, to trochę siedzę w kuglarstwie – żonglerka, iluzja itp. W kapłaństwie rzadko się to przydaje co prawda. Lubię też fotografię i uważam że przyzwoicie mi wychodzi.

M: To dziękuję za wywiad i liczę na jakiś pokaz żonglerki w najbliższej przyszłości.

Kl: Ja również dziękuję.