Ministranckie wspomnienia z wyprawy do Paryża

Posługa jako ministrant to nie tylko zaszczyt i obowiązek. To także czas na fajną zabawę i wspólne wycieczki. Niech ten artykuł będzie zachęta dla młodych chłopców naszej parafii, aby wstępować w szeregi ministrantów. Bo oprócz gorliwej służby przy ołtarzu, czekają także różne atrakcje… (dop. Redakcja)

„Pamiętnego poniedziałku, 20 sierpnia 2018 roku, wyruszyliśmy autobusem w podróż do Francji. Naszą eskapadę rozpoczęliśmy Mszą świętą w parafii Matki Bożej Piekarskiej na Górnym Tysiącleciu…” – tak rozpoczynamy cykl wspomnień z wyjazdu ministrantów do Paryża. O tym wyjeździe można długo mówić i wiele pisać, ponieważ mnóstwo przeżyć jest z nim związanych. Spróbujemy więc chociaż troszeczkę przybliżyć ten niezapomniany czas. Pomocą będą także publikowane zdjęcia.

Zanim jednak przejdziemy do opisywania poszczególnych dni z pobytu w Paryżu, trzeba wspomnieć osoby, dzięki którym ten wyjazd doszedł do skutku. Dziękujemy więc na początku Rodzicom, którzy umożliwili nam wyjazd, pomogli w przygotowaniach i dali kieszonkowe, byśmy nie musieli stać się kloszardami z nad Sekwany… Dziękujemy animatorom grup za opiekę nad swoimi podopiecznymi, pomoc w przygotowywaniu śniadań, robienie zdjęć, przygotowywanie relacji facebookowych, koordynację wszelkich działań. Po prostu za tworzenie wspaniałej atmosfery wyjazdu: Patrykowi Paszko, Patrykowi Kowalskiemu, Romanowi Bodziochowi, Krzysztofowi Gawlikowi, Filipowi Lenkiewiczowi i Tomkowi Tuszyńskiemu. Dziękujemy także pomocnikom animatorów: Szymonowi Pabiańczykowi, Wojciechowi Kaczanowiczowi, Michałowi Dukielowi, Kamilowi Skowrońskiemu, Jarkowi Hermanowi i Marcinowi Głąbicy. Te wszystkie osoby wspomagały się nawzajem i dbały o komfort wszystkich uczestników. A jechali z nami nie tylko ministranci z Tysiąclecia Górnego, ale również Ci, którzy wygrali Olimpiadę Liturgiczną w diecezji lub konkurs organizowany przez Duszpasterstwo Ministrantów: „Wyjazd za konspekt”. Cała grupa byłą wyjątkowo zgrana, zdyscyplinowana i odpowiedzialna. Dziękujemy więc wszystkim uczestnikom, którzy jechali z nami. A są to: Paweł Gawłowski, Jakub Kułach, Wojciech Mietła, Mateusz Pyra, Wojciech Sebesta, Bartosz Stychno, Marceli Bazan, Jacek Burzyk, Dawid Heyda, Jakub Hibszer, Piotr Kaczkowski, Radosław Świętek, Paweł Dąbrowski, Mateusz Goj, Łukasz Kalisiak, Bartosz Kołeczko, Błażej Kołeczko, Jakub Pawlak, Jan Wycisk, Gabriel Dudzik, Piotr Galus, Alan Gałeczka, Kamil Kuna, Wojciech Pogonowski, Alan Wodniak, Jakub Bodera, Maciej Bodera, Kamil Brożek, Kamil Dejworek, Jakub Niedziela, Mikołaj Podlipny, Robert Knapik, Adam Jagielski, Bartek Morawski, Mateusz Mrukwa, Dawid Oleś, Maciej Wacławik i Grzegorz Zając.

Wielkie podziękowania kierujemy w stronę p. Jolanty Nowak, naszej pilotki, która wykazała się wielką wiedzą o Paryżu, przekazywała mnóstwo istotnych i ważnych wiadomości. Dawała możliwość pogłębiania wiedzy przez prywatne rozmowy i odpowiedzi na nurtujące pytania. Dziękujemy też za piękne słowa, które dotyczyły naszej służby czy posługi. Podziękowania kierujemy również pod adresem kierowców pana Darka i Bernarda, którzy czuwali nad bezpieczną i komfortową jazdą, dbali o czystość autobusu i przekazywali muzyczne dedykacje.

Dzień 2.
Przyjechaliśmy w godzinach porannych na przedmieścia Paryża. Zjedliśmy śniadanie w formie pikniku i praktycznie od razu ruszyliśmy na podbój Paryża. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od wizyty na cmentarzu Pere – Lachaise. Podzieleni na grupy odwiedziliśmy groby m.in. Fryderyka Chopina, Edith Piaf, Morissona, Molliera, Abelarda i Heloizy oraz inne wybrane miejsca. Mieliśmy okazję zobaczyć czym różni się jedna z najstarszych nekropolii Paryża od naszych cmentarzy.

Po raz drugi tego dnia, udaliśmy się na stację paryskiego metra, aby dojechać do słynnej dzielnicy Monmartre. Po południu podziwialiśmy uroki tej dzielnicy, która leży na wzgórzu porosłym niegdyś winnicami, nad którymi wznosiło się 30 wiatraków. Żeby tam wejść i zwiedzić zbudowaną na szczycie bazylikę Sacre Coeur trzeba się wspinać ponad 130 metrów w górę, ale co to dla nas dla których powiedzenie: „Tylko twardziele służą w Kościele” nie jest pustym sloganem.

Zobaczyliśmy kościółek św. Piotra, skąd już blisko do placu Tertre, który jest dziś swego rodzaju malarską giełdą na wolnym powietrzu. Sprzedaje się tu obrazy, szkice, a także powstające na zamówienie portrety czy karykatury. W XIX w. plac Tertre był miejscem spotkań cyganerii artystycznej. Na Montmartrze narodziło się słowo „bistro” bo właśnie tam w 1814 r. Kozacy z okupującej Paryż rosyjskiej armii tak poganiali opieszałych kelnerów w lokalu „a la mere Catherine”. Na wzgórzu dosłownie zakosztowaliśmy czasu wolnego, ponieważ dostaliśmy pieniądze i zadanie kupienia prawdziwego francuskiego jedzenia. Rzeczywiście wielu ministrantów spróbowało kupić i wybrać francuskie menu. Nie dziwiły więc późniejsze relacje, że wielu jadło żabie udka, ślimaki, naleśniki z kremem kasztanowym czy też pasztet z gęsich wątróbek. ministranci poradzili sobie znakomicie, chociaż znaleźli się i tacy dla których kebab był najlepszym francuskim specjałem…

W dalszej części dnia przyszedł czas na Mszę świętą. Nasz podziw wzbudziła już ogromna zakrystia bazyliki Sacre Coeur, a co dopiero świątynia, którą mieliśmy okazję później zobaczyć. W strojach liturgicznych, udaliśmy się na chwilę adoracji Najświętszego Sakramentu, by następnie przejść do krypty bazyliki na Eucharystię. Widzieliśmy jak nasza obecność wzbudzała wielkie zdziwienie wśród turystów i modlących się osób. Ponad pięćdziesięciu ministrantów w strojach liturgicznych robiło wielkie wrażenie…

Ruchliwy bulwar u stóp Montmartru jest królestwem wieczornych rozrywek – mnóstwo tu kawiarni, restauracyjek, kin i teatrzyków. Do najsłynniejszych miejsc należy plac Pigalle oraz pobliski plac Blanche ze słynnym kabaretem Moulin – Rouge. Stamtąd też udaliśmy się do Fluncha na pyszną kolację, gdzie najlepszym rozwiązaniem dla ministrantów okazała się nieograniczona możliwość dokładania dodatków takich jak frytki, puree czy sałatki i warzywa. Nic więc dziwnego, że ta forma jedzenia przypadła wszystkim bardzo do gustu. Wykończeni wrażeniami dnia wrócimy późnym wieczorem do hotelu, by śnić o kolejnym dniu.

Dzień 3.
Kolejny, trzeci już dzień w Paryżu, okazał się być jeszcze atrakcyjniejszy, ponieważ spędziliśmy go w towarzystwie przemiłych Galów: Asterixa i jego przyjaciela Obelixa. Całodzienny pobyt w parku rozrywki był strzałem w dziesiątkę. Miasteczko Galów stworzone zostało na podstawie legendarnego komiksu autorstwa Sempe i Gościnnego, który opowiada historię Francji na wesoło i pokazuje walkę naszych bohaterów z rzymskimi legionistami. Pobyt w parku, to niezwykła podróż w czasie i przestrzeni. Zwiedziliśmy różne krainy geograficzne: Imperium Rzymskie, Antyczną Grecję, wioskę galijską – poznając przy okazji kolejne epoki. W odtworzonej – prawie naturalnie – krainie starożytnej Grecji mogliśmy, niczym pierwszy lotnik Ikar, wzbić się powietrze – oczywiście na karuzelach i zwiedzić pałac groźnego potwora Minosa albo ukryć się w słynnym koniu trojańskim.

Do specjalności parku należą liczne spektakle i pokazy tresury zwierząt. Szczególnie przypadł nam do gustu pokaz z delfinami. Oczywiście nie zabrakło też karuzel i roller – coasterów. Do tych najbardziej wyjątkowych należy przejażdżka drewnianą – trzeszczącą – kolejką górską Tonnerre de Zeus (uważaną za najlepszą w Europie), która mknie z prędkością 80 km/h i wjeżdża na wysokość 33 metrów, a jej długość to 1220 metrów. To czego na pewno nie można ominąć to: przerażające Transdemonium; Oxygenarium, czyli spływ na gumowej tratwie – pontonie; Goudourix (wys. 36,5 m, dł. 950m) – metalowy roller coaster z największą na świecie do 1995 roku ilością inwersji czyli pętli i serpentyn czy kończący się zjazdem do wody Menhir Express lub zapierający dech w piersiach Ozirys.

Park Asterixa oferuje też urządzenia wodne, a więc można udać się na spływ rozmaitymi łodziami lub pontonami pływającymi specjalnymi kanałami czy zjechać wagonikami przypominającymi bobsleje w specjalnym korycie, czy też udać się na nietypowy roller-coaster, który startuje z góry.

Od razu przy wejściu do parku witały nas sklepiki pełne kubków, kufli, koszulek, chust, breloczków oraz wszelkich innych gadżetów związanych z Galami. Nic więc dziwnego, że pod koniec dnia, wielu z nas zaopatrzyło się w gumowe młoty, miecze czy zbroje. Wtedy też wielu zorientowało się, że po słodkich zabawach, przyszedł czas na słony rachunek w euro….

Zmęczeni, ale szczęśliwi udaliśmy się na kolację i szybkie zakupy, by czym prędzej znaleźć się w hotelu, aby odpocząć przed kolejnym fascynującym dniem w Paryżu.

Dzień 4.
Po wczesnym śniadaniu udaliśmy się po raz drugi na spotkanie z Wielkim Paryżem, które
rozpoczęliśmy od słynnej Wieży Eiffel`a. Została ona zaprojektowana i wzniesiona w 1889 roku. „Wielka Paryżanka”, „Żyrafa” czy „Żelazna Dama”, to tylko niektóre z określeń, które dotyczą ważącego ponad 7000 ton jednego z najsłynniejszych symboli Paryża. Dwoma windami wyjechaliśmy na najwyższy – trzeci poziom, aby zobaczyć piękną panoramę miasta. Oglądaliśmy i podziwialiśmy widoki z wysokości ponad 300 metrów. Widok jest naprawdę piękny i niepowtarzalny: zawieszone mosty na leniwej Sekwanie, piękne zabudowania klasycznego Paryża, a wśród nich Notre Dame, czy górująca nad miastem bazylika Sacre Coeur. Na specjalnych tablicach porównywaliśmy odległości do najważniejszych stolic państw, w tym Polski. Z góry popatrzyliśmy m.in. na słynne Pola Marsowe, Lasek Bouloński, Ogrody Trocadero czy tłumnie oblegany plac Warszawy, przez który chwilę wcześniej przechodziliśmy. Dla wielu osób jest to tak wyjątkowe przeżycie, że na szczycie wieży sprzedawany jest szampan, aby tą chwilę uwiecznić na zdjęciu z lampką typowo francuskiego trunku lub w specjalnie wyznaczonym punkcie pocałować się z ukochaną osobą 

W okolicach południa udaliśmy się metrem do kolejnego słynnego miejsca Paryża, czyli na wyspę Cite i do Katedry Notre Dame. Przeszliśmy obok Świętej Kaplicy – wybudowanej dla przechowywania relikwii Męki Pańskiej: Korony Cierniowej Jezusa i relikwii Krzyża Świętego. Przeszliśmy obok Pałacu Sprawiedliwości. To dokładnie tutaj czekali na stracenie na gilotynie Maria Antonina, Robespiere oraz król Ludwik XVI. Zobaczyliśmy także jeden z pierwszych przystanków metra oraz dowiedzieliśmy się historii Hotelu Lambert i wyspy św. Ludwika, gdzie do dzisiaj w bibliotece polskiej przechowywany jest rękopis Pana Tadeusza.

Nareszcie ustawiliśmy się w długiej i pozawijanej kolejce do katedry Notre Dame. Kamień węgielny pod ten gmach położył sam król Ludwik VII w 1163 r., w miejscu, gdzie kiedyś znajdowała się świątynia starorzymskich bogów. Budowa trwała ponad 100 lat – do 1240 r. Świątynia zrobiła na nas wyjątkowe wrażenie! To jedna z najsłynniejszych katedr francuskich z piękną fasadą i rozetami oraz znaną na cały świat historią dzwonnika z Notre Dame i pięknej Esmeraldy. Stojąc w długiej kolejce do katedry mieliśmy piękny widok na fasadę, na którą składają się trzy portale, długa galeria królów, ogromna rozeta (około 10 m średnicy), laskowana w trzeciej kondygnacji fasady i dwie masywne wieże.
W katedrze – w samym prezbiterium – mieliśmy możliwość sprawowania Najświętszej Eucharystii. Nie jest to proste do załatwienia, gdy na co dzień katedra służy zwiedzającym. Ale udało się! Tłum naszych ministrantów poustawiał się w tej samej wiekowej zakrystii, w której przed laty przygotowywali się do Mszy świętej Arcybiskupi Francji, kardynałowie, a nawet papieże! Po Mszy świętej mogliśmy przejść do miejsca, gdzie w grudniu tego roku zostanie otwarta kaplica polska. Zobaczyliśmy w niej m.in. ikonę Matki Bożej Częstochowskiej. Po wyjściu z katedry mieliśmy okazję dotknąć tzw. „kilometr zero”, czyli miejsce, od którego liczy się odległości w Paryżu. Legenda głosi, że kto dotknie ten punkt, na pewno jeszcze wróci do Paryża. Nic więc dziwnego, że nie można się było do niego dopchać… Na czasie wolnym niektórzy poszli kupować pamiątki, inni zjeść pyszne naleśniki, ale byli i tacy, którzy podziwiali budowniczych i konserwatorów, którzy przez wieki wykazywali dużą dbałość o zabezpieczenie budowli przed deszczem. Można było to zaobserwować po gęsto osadzonych gargulcach (rzygaczach), które odrzucały daleko od murów wodę, zbieraną z jej dachów.

Po pysznej obiadokolacji, gdzie o dziwo większość ministrantów zamówiła steki(!), udaliśmy się na dalsze wieczorne zwiedzanie. Oglądanie o zmierzchu centralnych, położonych blisko Sekwany, punktów Paryża, kiedy miasto nabiera świetlistych barw – to przyjemność, która pozostawia w pamięci niezatarte ślady. Aby utrwalić sobie wszystkie oglądane obiekty, popłynęliśmy w godzinny rejs po Sekwanie jednym ze statków spacerowych zwanych Bateaux Mouches. Płynęliśmy pod 15 mostami Paryża. Aby jeszcze bardziej wszystko utrwalić, jako przysłowiowa kropka nad „i” czekał nas: „Paris by night”, czyli przejazd autobusem po oświetlonym nocą Paryżu. Chociaż była już bardzo późna pora, aż żal było wracać do hotelu…  

Dzień 5.
Szybkie śniadanie i transfer do pierwszego parku Disneya, czyli Walt Disney Studios! To było coś, na co czekali wszyscy ministranci! Walt Disney Studios to „królestwo kinematografii”, można więc było zapoznać się z kulisami pracy filmowej. Przeżyliśmy namiastkę efektów specjalnych podczas kosmicznej wyprawy w pawilonie zwanym Armagedon, zobaczyliśmy na własne oczy jak ożywają – w zręcznych rękach rysowników – ulubione postacie z kreskówek, czy też jak tworzy się zapierające dech w piersiach efekty specjalne typu: ulewa, deszcz, trzęsienie ziemi, wybuch wulkanu, lub jak pracują kaskaderzy zastępujący w najbardziej niebezpiecznych akcjach głównych bohaterów.

Ciekawa rozrywka to widowisko „Mickey et le magicien”. Widzom ukazuje się atelier iluzjonisty, przypominające wnętrze XIX-wiecznych paryskich kamienic. Magik jak przystało na profesjonalistę ma swojego asystenta. Jest nim nikt inny jak Mickey. Magik poleca mu by posprzątał pracownię, po czym sam opuszcza pomieszczenie. Mickey oczywiście nie odmówi sobie przyjemności pomyszkowania po pracowni w poszukiwaniu magicznych artefaktów. Jest wśród nich cylinder, różdżka, szklana kula, magiczna lampa oraz zootrop. Każdy z nich przeniósł nas do zupełnie innego świata. Aż szkoda było wracać do naszej rzeczywistości. Ale z bajki przeszliśmy zaraz do komiksu. Spider Man na stałe zadomowił się w Walt Disney Studios. Tego lata dołączyli do niego także Strażnicy Galaktyki, Iron Man, Kapitan Ameryka i Czarna Wdowa. Zlot superbohaterów w Walt Disney Studios ma związek z festiwalem „Marvel Summer of Super Heroes”, który rozpoczął się 10 czerwca i ma przyciągnąć do parku nieco starsze dzieci i ich rodziców, będących fanami komiksów i filmów o superbohaterach.

Dla weteranów parków rozrywki konieczna była wizyta na Rock`n`Roller Coaster w rytm muzyki Aerosmith. To przejażdżka dla osób o naprawdę mocnych nerwach. W pięć sekund osiągamy prędkość 100 km/h – każdy mógł się dowiedzieć co to znaczy, że prędkość naprawdę wciska w fotel! Po wizytach w różnych ekstremalnych miejscach, przyszedł czas, aby poznać kolejną atrakcję parku kosztującą tylko 15 milionów euro… Hollywood Tower Hotel. Czym jest? Może warto zacząć tak: Dawno, dawno temu w czasach swojej świetności Hollywood Tower Hotel był miejscem, w którym można było spotkać największe gwiazdy show – biznesu. Ale pewnej strasznej nocy, piątka pasażerów wsiadła do windy. Jechali na trzynaste piętro. Raptem w hotel uderzył piorun i po pasażerach słuch zaginął”.
Ta atrakcja zaczyna się więc od wędrówki po opuszczonym hotelu, który popadł w ruinę po tym incydencie. Wszędzie kurz i pajęczyny. W windzie trzeba usiąść i zapiąć pasy. Widna powoli wspina się do góry. Na jednym z pięter drzwi się otwierają i spotykamy duchy zaginionych nieszczęśników. Na kolejnym piętrze goście widzą w lustrze samych siebie, ale magia Disneya sprawia, ze wszystkie postacie z odbicia nagle znikają. Na samej górze drzwi windy się otwierają – ładny widok na okolice z wysokości trzynastu pięter. W pewnym momencie słyszysz grzmot i winda zaczyna spadać szybciej niż grawitacja. Potem lata w górę i w dół jeszcze kilka razy… Nic więc dziwnego, że krzyki i piski są tam ciągle słyszane.

Nie sposób ominąć kolejnych atrakcji otwartych w 2010 roku czyli TOY STORY PLAYLAND. Tam znaleźliśmy Samochód RC Racer, który startuje „z poziomu”, a za chwilę można się poczuć jak na motorze i samochodem w specjalnej rynnie stajemy „w pionie” lub Slinky Dog Zigzag Spin, czyli karuzeli – psa, który goni swój ogon. Jeszcze ciekawszą atrakcją są Toy Soldiers Parachute Drop, czyli stajemy się żołnierzem i skaczemy na spadochronie!

Wielu z nas zaopatrzyło się w tak zwany bilet Fast – Pass, czyli bilet uprawniający do odwiedzin największych atrakcji poza kolejką w wyznaczonej godzinie. Aby otrzymać Fast – Pass musieliśmy bilet wejścia włożyć do specjalnego „kasownika” przy wybranej atrakcji. Było jednak warto, bo na najlepsze atrakcje czasami czeka się nawet ponad godzinę, więc wszelkie udogodnienia w tej sprawie będą na rękę.

Na końcu dnia udaliśmy się do Disney – Village, to położona tuż za bramą parku wioska, gdzie panuje atmosfera niczym w Las Vegas: salony gier, kina, sklepy restauracje… i jeszcze tego wieczoru czekała na nas mega niespodzianka… Kolacja wraz ze spektaklem „Buffalo Bill West show”. Tak więc na zakończenie dnia dołączyliśmy do Myszki Mickey oraz jego przyjaciół w niezapomnianej przygodzie w otoczeniu prawdziwych kowbojów i Indian.
Mickey, Minnie, Pluto, Chip n’ Dale zaprosili nas na Dziki Zachód! Tam spotkaliśmy legendarnego Buffalo Billa i zobaczyliśmy prawdziwe zwierzęta Ameryki czasów gorączki złota. A wszystko to przy wyśmienitej kuchni typu Texas. Zjedliśmy więc: chleb obozowy, w specjalnym rondlu „fasolę pastucha” z chilli, ziemniaki w mundurkach kiełbasę, kurczaka i żeberka w sosie barbecue. Na zakończenie serwowana była kawa lub herbata z gorącą szarlotką i gałką lodów. Pamiątkowa czekoladowa moneta wręczana na koniec spektaklu oraz kowbojskie kapelusze pozostały pięknymi pamiątkami tego ekscytującego dnia…

Dzień 6.
Kolejny dzień. Niestety ostatni w Paryżu. Trzeba więc znów wjechać do centrum ogromnej metropolii. Wielkimi Bulwarami dotarliśmy do słynnej Opery Garnier, która ma taką samą bryłę jak kasyno w Monako. Po wykonaniu pamiątkowych zdjęć udaliśmy się na Plac Vendome z kolumną Napoleona (Fryderyk Chopin ostatnie miesiące życia spędził w mieszkaniu z widokiem na ten plac). Także właśnie tam znajduje się słynny Hotel Ritz. Ci „biedniejsi” chcieli w nim spędzić noc za „drobne” 1500 euro… ale jak przeliczyli wszystko, woleli wydać je jednak na kolejne „wieżyczki” sprzedawane przez czarnoskórych, ulicznych sprzedawców.

Po kolejnych zdjęciach i krótkim przystanku przyszedł czas na Muzeum perfum „Fragonard”. Był to niezapowiedziany i nieplanowany punkt programu. Starszej części grupy zależało jednak, aby koniecznie z Francji przywieźć wyjątkowy zapach perfum dla swojej mamy (czytaj: dziewczyny) albo nawet kilku „mam” czy „sióstr” 😊. W tym ciekawym miejscu, przerobionym z dawnego teatru, poznaliśmy historię i proces produkcji perfum. Dowiedzieliśmy się dlaczego perfumy są tylko dla pań lub dlaczego dla mężczyzn są wody toaletowe? Zdradzono nam sekrety produkcji, dowiedzieliśmy się kim jest człowiek, który nazywany jest „nosem” i ilu takich ludzi jest we Francji. Usłyszeliśmy ile ton płatków jaśminu używa się do wyprodukowania litra jego ekstraktu. Na końcu pachnącej opowieści mieliśmy okazję dokonać zakupów drogeryjnych po okazyjnych cenach, które dla nas i tak były kosmiczne. Niemniej wielu ministrantów wybierało na zakupy najciekawsze według nich zapachy, które wcześniej mieli okazję przetestować. Nasz ksiądz także nie omieszkał kupić wody toaletowej, która nawiązywała do słów Chrystusa: „Souivez moi”, co się tłumaczy jako: „Pójdź za mną…” 😊

W dalszej części dnia udaliśmy się spacerkiem na dziedziniec Muzeum Louvre i Ogrodów Tuileries. Pałac Luwr pochodzący z XIII wieku ma ciekawą i burzliwą historię. Początkowo był zamkiem obronnym na prawym brzegu Sekwany. Od czasów Karola V tj. od połowy XVI w. był wielokrotnie rozbudowywany i przebudowywany. Gdy Ludwik XIV przeniósł siedzibę królewską do Wersalu w pałacu stworzono muzeum. W latach 80 XX wieku na dziedzińcu Luwru, według projektu architekta Ieoh Ming-Pei, wybudowano wielką szklaną piramidę wpuszczającą światło do podziemnej hali wejściowej, a zarazem będącą głównym wejściem do muzeum. To tam znajdują się słynne rzeźby Wenus z Milo, Nike z Samotraki czy znany obraz Leonarda da Vinci: „Mona Lisa” łącznie „tylko” 500 000 eksponatów.

Kolejnym punktem programu była Msza święta w kaplicy Cudownego Medalika na rue du Bac. To tam św. Katarzyna Laboure widziała Matkę Bożą, która kazała jej wybić medalik z modlitwą: „O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy”. Ludzie, którzy go nosili, w niedługim czasie otrzymywali wiele łask za przyczyną Matki Bożej. Nic więc dziwnego, ze w bardzo krótkim czasie zaczęto nazywać go tzw. „Cudownym Medalikiem” i tak jest aż po dziś dzień. Jest tylko jedno miejsce w Polsce, które ma pozwolenie na wybijanie tego medalionu – to klasztor ojców franciszkanów w Niepokalanowie pod Warszawą, ten sam, z którego wywodził się św. Maksymilian Maria Kolbe. W tym miejscu pełnym ciepła i pokoju mieliśmy okazję na kolejne duchowe zatrzymanie.

Jak to w Paryżu bywa, z sacrum przeszliśmy do profanum. Nie mogło więc zabraknąć wizyty na słynnych Polach Elizejskich. Przeszliśmy pod Łukiem Triumfalnym, pod którym mieli wchodzić do miasta zwycięzcy żołnierze napoleońscy. Na tym monumencie szukaliśmy polskich nazw oraz nazwisk generałów. Z tego miejsca widać też nowoczesną dzielnicę Paryża z jej nowoczesnym łukiem Grande Arche. Za panowania prezydenta Francji Francoisa Mitteranda powstał m.in. pomysł wielkich budowli Paryża i to właśnie jemu zawdzięczamy szklane piramidy w Luwerze czy wspomniany nowoczesny łuk. Po wizycie przy „klasycznym” Łuku Triumfalnym i w tej ekskluzywnej dzielnicy, pełnej najdroższych sklepów i hoteli udaliśmy się na kolację, by napełnić się energią, tym razem już nie na dalsze zwiedzanie, ale na pakowanie, gdyż po śniadaniu musieliśmy się już pożegnać z hotelem…

Dzień 7.
Po wczesnym śniadaniu i szybkim pakowaniu udaliśmy się prosto do Disnaylandu! Magnetyczne bilety, automatyczne bramki, a wokół przepiękne budynki, roślinność i po prostu bajkowy świat! Disneyland to park, który jest marzeniem każdego dziecka, w którym doskonale czują się również dorośli!
W Parku Walta Disney’a podziwialiśmy pięć krain:
– Main Street – ta kraina oddaje klimat małego amerykańskiego miasteczka z początku XX wieku, ze sklepikami i butikami w wiktoriańskim stylu. Na głównej alei – Main Street odbywa się Wielka Parada, podczas której postacie z bajek tańczą, śpiewają, rozdają autografy. Żadne słowa nie oddają uroku tej chwili!
– Fantasyland – to najbardziej magiczna i zaczarowana kraina ze wszystkich krain Disney’a. Tutaj można odkryć Zamek Śpiącej Królewny, poszybować nad dachami Londynu z Piotrusiem Panem, spotkać się z Myszką Mickey czy księżniczkami, odkryć ukryty przez piratów skarb czy też zgubić się i odnaleźć w Labiryncie Alicji z Krainy Czarów…
– Frontierland – tam odkrywaliśmy legendy Dzikiego Zachodu na pokładzie statku, albo w pędzącym między szczytami Big Thunder Mountain pociągu. Mogliśmy się dowiedzieć jak żyli Indianie w miasteczku Pocahontas. Niestety Phantom Manor było zamknięte, a to tajemnicza budowla z XIX wieku, słynącą z tego, że tam straszy…
– Adventureland – to miejsce dla podróżników i odkrywców. Tutaj stawiliśmy czoła niebezpieczeństwom w super atrakcji „Indiana Jones i Świątynia zagłady”, przeżyliśmy dreszczyk emocji u boku Piratów z Karaibów, a także zajrzeliśmy do Chatki Robinsona zbudowanej na drzewie, które ma 5 milionów listków!
– Discoveryland – w tej krainie spełniają się przepowiednie wielkich wizjonerów. Wybraliśmy się na koniec świata w roaller coasterze Space Moutain Mission 2 lub przeżywaliśmy Gwiezdne Wojny w specjalnych symulatorach. Ponieważ większość z nas nie ma jeszcze prawa jazdy, to na spalinowych samochodach dokonywaliśmy istnego szaleństwa!

Oprócz wspaniałej Parady z postaciami Disneya przed samym zamknięciem parku, czyli o 23.00 mieliśmy okazję podziwiać pokaz sztucznych ogni na Zamku Śpiącej Królewny. Feria świateł, odpowiednio dobrana muzyka, lasery i tańczące fontanny stały się przysłowiową kropką nad „i” całego wyjazdu. Warto było czekać do tak późnej pory, aby zobaczyć ten niezwykły spektakl.

Zmęczeni, ale jakże szczęśliwi oraz obładowani zakupionymi pamiątkami udaliśmy się do autobusu, by wyruszyć w drogę do domu. Z lekkim smutkiem żegnaliśmy krainę zabawy i wiecznego dzieciństwa, wierząc, że jeszcze kiedyś tam wrócimy. Kiedy wsiedliśmy do autobusu od razu wszyscy zasnęliśmy „snem sprawiedliwego”. Spaliśmy bez przerwy aż prawie do 9 rano. Kierowcy stwierdzili, że pobiliśmy rekord spania w autobusie bez robienia przystanków.
Przy śniadaniu na stacji benzynowej w Niemczech, snuliśmy wspomnienia i dzieliliśmy się najlepszymi wrażeniami z pobytu w Paryżu. W każdym z nas było pragnienie, żeby jeszcze kiedyś do tych pięknych miejsc wrócić. Może z rodzicami, może z dziewczyną, a może kiedyś ze swoimi dziećmi? Czas pokaże. A na razie żyjemy tymi wspomnieniami, które mamy w sercach i przed oczami, a których nie sposób opisać….

 

 

(Dop. Redakcja)
O swoich wrażeniach z pobytu we Francji mówią też sami ministranci.
Ale tego dowiecie się odwiedzając stronę naszych ministrantów -> KLIK
Zapraszamy!


Tekst: ks. Cezariusz Wala

Zdjęcia: Archiwum ministrantów