Anioły w moim życiu – część II

Październik 2004 roku – Gdzie jesteś Aniele?

Narodziny naszego pierwszego dziecka w marcu 2002 roku były spełnieniem naszych marzeń. Jak wszyscy świeżo upieczeni rodzice koncentrowaliśmy się na wychowywaniu córki. Dziękowaliśmy Panu Bogu za jej życie. Po dwóch latach podjęliśmy decyzję o powiększeniu rodziny. Nie chcieliśmy, aby dziecko wychowywało się samo. Model rodziny 2 + 3 (rodzice i trójka dzieci) od samego początku była moim celem. Jako najstarsza z rodzeństwa miałam szczęście przeżyć narodziny młodszego o 4 lata brata i młodszej o 10 lat siostry. Za każdym razem podejmując temat rodziny mówiłam, że chcę mieć 2 córki i syna – tak samo jak ma moja mama. Planując kolejną ciążę mieliśmy w pamięci smutny finał pierwszej ciąży, ale nie wracaliśmy do tego. Było, minęło… Widocznie, tak musiało być – Pan Bóg przecież wie, co jest dla nas najlepsze. Z optymizmem patrzyliśmy w przyszłość.

Po kilku miesiącach na teście ciążowym pojawiły się długo oczekiwane kreski. HUUUURA! JEST JUŻ Z NAMI! Radość była wielka. Wykonałam kilkanaście telefonów chcąc podzielić się naszym szczęściem z innymi. Od razu też pojawiły się pytania: Jak to będzie w czwórkę? Ciekawe, czy to chłopiec czy dziewczynka? Trzeba zrobić małe przemeblowanie mieszkania! Jakiemu lekarzowi powierzyć prowadzenie ciąży? Dobrze, że mamy większość potrzebnych rzeczy – wózek, łóżeczko, ubranka… Pomimo aktywności zawodowej i wykonywania codziennych obowiązków nie odczuwałam dużego zmęczenia. Trzy miesiące minęły bardzo szybko. Nie dokuczała senność i zmęczenie jak w pierwszym przypadku. Wyniki badań były w normie. W ustalonym terminie udałam się na wizytę podczas, której lekarka miała wykonać kontrolne badanie ultrasonograficzne. Jak ja nie lubię tego badania! – myślałam siedząc w poczekalni.

– Proszę! Usłyszałam znany głos. Weszłam do gabinetu.
– Jak się Pani czuje? – zapytała pani doktor.
– Dobrze, ale trochę się denerwuję i dzięki temu mam ciśnienie książkowe – zażartowałam.
– Poproszę kartę ciąży. Pooglądamy maleństwo.

Leżąc na kozetce podczas badania patrzyłam w sufit. Ekran monitora nie kojarzył mi się zbyt dobrze, więc na niego nie zerkałam. Czekałam, aż usłyszę przez głośnik bicie serca…

– Kiedy była pani ostatnio? – zapytała pani doktor.
– Trzy tygodnie temu…

Cisza…. Długa cisza…. Pojedyncze dźwięki aparatury były jedynymi, słyszalnymi dźwiękami w gabinecie.

– Przykro mi… serduszko nie bije… Widocznie płód był chory i natura sama zdecydowała. Musi pani iść do szpitala. Dam pani skierowanie.
– Znowu? Jak to możliwe? Dlaczego? Dzisiaj piątek – znowu piątek, tak jak za pierwszym razem! Będę musiała czekać do poniedziałku! Czy to możliwe, że znów nas to spotkało? Drugi raz to samo?

Pobyt w szpitalu był okazją do poznania wielu ludzi – pacjentek, położnych, lekarzy. Przypadki, jakie tam widziałam uświadomiły mi, że nie jestem jedyna osobą przeżywającą trudne chwile. Byli tacy, którzy mieli większe problemy. Po powrocie do domu znów byliśmy w trójkę. Myśli plątały się w nieuporządkowany sposób.

Nie ma co myśleć – trzeba żyć dalej! – mówiłam do siebie. Pan Bóg przecież wie lepiej… Gdzie jesteś mój Aniele? Czy to możliwe, że mnie zostawiłeś? Jak sobie poradzę? Jestem coraz słabsza i czuję, że zaczyna brakować mi sił. Co się ze mną dzieje? Dlaczego mój organizm zaczyna się buntować?

Wrzesień 2006 roku – Ratuj Aniele! Dzięki Duchu Święty!

Po dwóch latach regeneracji organizmu wróciły siły i myśli o dziecku. Wstępne badania wyeliminowały zagrożenia. Wszystko ok. Można próbować. Tym razem będzie dobrze! Na pewno się uda – bo, jak mówią „do trzech razy sztuka”! Ku mojemu zdziwieniu na pozytywny wynik testu nie trzeba było długo czekać. Mimo tego, że radość była ogromna, ostrożnie i z dystansem podchodziliśmy do sprawy. Nie było euforii i planów. Nie było telefonów. Czekaliśmy na rozwój wydarzeń. Jak Bóg da…

Czekając w poczekalni jednej z najlepszych klinik próbowałam uspokoić bicie własnego serca. Jak ja nienawidzę tego usg – myślałam. To znowu 12 tydzień i znów ten nieszczęsny piątek. Czego się dowiem? Co usłyszę? Czy serduszko będzie biło? Po wejściu do nowoczesnego gabinetu poczułam przyjemny zapach. Lekarz przywitał się ze mną i przeszedł do wywiadu. Miał informację w karcie, że to czwarta ciąża, a poród był tylko jeden. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Po wykonaniu rutynowych czynności przeszedł do badania. Niestety znajoma CISZA nie wróżyła nic dobrego…. Właściwie nie musiał nic mówić, bo wiedziałam doskonale co się stało!

– Przykro mi! Doszło do obumarcia płodu… miejmy jednak nadzieję, że to co złe ma pani już za sobą – usłyszałam – Dam pani skierowanie do szpitala.
– Tak, wiem co robić panie doktorze, nie musi mi pan tłumaczyć. Wszystko wiem…

Wracając do domu w samo południe wrześniowego piątku byłam dziwnie spokojna. Muszę iść do szpitala – to oczywiste, ale nie mogę tego tak zostawić. Tym razem musi być inaczej. Muszę przeprowadzić badania genetyczne. Ten płód musi być zbadany! Muszę wiedzieć dlaczego tak się dzieje! Po powrocie do domu spokojnie usiadłam przed monitorem i zaczęłam poszukiwać informacji o badaniach genetycznych oraz lekarzach, którzy się w nich specjalizują. Kilka telefonów pozwoliło nawiązać kontakt z panią doktor, która wiedziała, co i gdzie należy zrobić. Ostatecznie zabieg wykonano w poniedziałek w Rudzie Śląskiej, a płód został zawieziony przez męża do wskazanego przez panią doktor laboratorium. Duch Święty podpowiadał nam cały czas co mamy robić. Co więcej – badanie, które nie należy do tanich zostało wykonane z funduszy przeznaczonych na badania genetyczne. Przypadek? Nie sadzę…

Po czterech miesiącach od zabiegu otrzymaliśmy informację, że wyniki badań są do odbioru i należy umówić się na ich omówienie z lekarzami. Okazało się, że nasz mały ANIOŁEK to chłopiec, który był bardzo chory i nie przeżyłby nawet tygodnia. Wynik stwierdzający wadę genetyczną płodu kwalifikował nas do przeprowadzenia bezpłatnych, szczegółowych badań krwi oraz bardzo dokładnej diagnostyki w przypadku dalszych starań. Pojawiło się światełko w tunelu…

– Wiem, że urodzę jeszcze dziecko – myślałam patrząc na obraz Matki Boskiej Piekarskiej! Nie wiem kiedy to nastąpi, ale wiem, że tak będzie! Będę próbować do skutku! Nie szkodzi, że organizm jest mocno osłabiony! Uda się! Muszę tylko poznać przyczynę i wiedzieć dlaczego tak się dzieje! Wiem, że dziecko będzie ZDROWE! Patrzyłam na nią, a ona uśmiechała się tajemniczo i spokojnie, jakby nigdy nic się nie stało! W ciszy wstawiała się za nami i czuwała. To co wydarzyło się później nie było dziełem przypadku. Nikt nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Bo dla Boga nie ma nic niemożliwego… On postawił na naszej drodze kolejne ANIOŁY, które pomogły poznać prawdę… Chwała Mu za to!!!

c.d.n.


Beata Matusek