Anioły w moim życiu – świadectwo

WSTĘP

Każdego ranka po przebudzeniu kieruję wzrok w kierunku wieży kościoła, którą widzę z okna. Dziękuję Panu Bogu za spokojną noc i proszę o szczęśliwy dzień. Oddaję Bogu wszystkich, których kocham. Wiem, że to kim jestem zawdzięczam Jemu. Wszystko co mam pochodzi od Niego. Cała moja przyszłość leży w Jego rękach. On wie kogo i kiedy postawić na mojej drodze. Wie i czyni to, stawiając obok mnie w różnych sytuacjach i miejscach „ANIOŁY”. Anioły w moim życiu przybierały różne postacie. Za każdym razem chroniły mnie, pomagały podejmować decyzje i wybawiały z kłopotu. Były pomocnikami Pana Boga, który czasami miał niezłe poczucie humoru… Ale zacznijmy od początku….

Anioły: Mama i Tata

Pojawiłam się na świecie, bo tak postanowili moi rodzice. To oni od samego początku kochali mnie i troszczyli o to, aby mi nic nie brakowało. Zawsze kierowali się moim dobrem. Oni powierzyli mnie Panu Bogu podczas chrztu świętego. Dzięki nim mam rodzeństwo, które kocham. Wszystko co dzieje się teraz to ich zasługa – rodzice to Anioły, które znam najdłużej. Za ich istnienie Bogu DZIĘKUJĘ! Powierzam ich jego opatrzności. Niech ich strzeże i prowadzi, tak jak prowadzi mnie! Najlepiej to co im zawdzięczam przedstawia opowiadanie, które usłyszałam na rekolekcjach rodzinnych. Nic dodać…, nic ująć….

Mój anioł

Pewnego razu było dziecko gotowe, żeby się urodzić. Więc któregoś dnia zapytało Boga:

– Mówią, że chcesz mnie jutro posłać na ziemię, ale jak ja mam tam żyć, skoro jestem takie małe i bezbronne?

– Spomiędzy wielu aniołów wybiorę jednego dla Ciebie. On będzie na Ciebie czekał i zaopiekuje się Tobą.

– Ale powiedz mi, tu w Niebie nie robiłem nic innego tylko śpiewałem i uśmiechałem się, to mi wystarczało. Czy na ziemi będę szczęśliwy?

– Twój anioł będzie Ci śpiewał i będzie się także uśmiechał do Ciebie każdego dnia. I będziesz czuł jego anielską miłość i będziesz szczęśliwy.

– A jak będę rozumiał, kiedy ludzie będą do mnie mówić, jeśli nie znam języka, którym posługują się ludzie?

– Twój anioł powie Ci więcej pięknych i słodkich słów niż kiedykolwiek słyszałeś, i z wielką cierpliwością i troską będzie uczył Cię mówić.

– A co będę miał zrobić, kiedy będę chciał porozmawiać z Tobą?

– Twój anioł złoży Twoje ręce i nauczy Cię jak się modlić.

– Słyszałem, że na ziemi są też źli ludzie. Kto mnie ochroni?

– Twój anioł będzie Cię chronić, nawet jeśli miałby ryzykować własnym życiem.

– Ale będę zawsze smutny, ponieważ nie będę Cię więcej widział.

– Twój anioł będzie wciąż mówił Tobie o Mnie i nauczy Cię, jak do mnie wrócić, chociaż ja i tak będę zawsze najbliżej Ciebie.

W tym czasie w Niebie panował duży spokój, ale już dochodziły głosy z ziemi i Dziecię w pośpiechu cicho zapytało:

– O, Boże, jeśli już zaraz mam tam podążyć powiedz mi, proszę, imię mojego anioła.
– Imię Twojego anioła nie ma znaczenia, będziesz do niego wołał: „MAMUSIU”.

Autor nieznany

 

A zatem DZIĘKUJĘ – MAMO i TATO za życie, wiarę i każdy wspólnie spędzony dzień…

Luty 2001 roku – Anioł Stróż!

– Zapraszam! Usłyszałam głos lekarza, po wyjściu pacjentki z gabinetu. Nareszcie pomyślałam… Szybko zerwałam się z krzesła i weszłam do środka. Czekałam na ten dzień z niecierpliwością. To już 13 tydzień! Od ostatniej wizyty minęły 4 tygodnie! Za chwilkę zobaczę na ekranie nasze pierwsze maleństwo! Jeżeli dostanę zdjęcia pokażę je wszystkim jeszcze dzisiaj – myślałam, uśmiechając się do siebie.

Po wejściu do gabinetu było miło. Po krótkiej rozmowie, lekarz wpisał datę w karcie ciąży, poprosił położną o zmierzenie ciśnienia i rozpoczął badanie. Na ekranie monitora zobaczyłam szary ruszający się trójkąt. Nie wiedząc na co patrzeć, zerkałam niecierpliwie raz na ekran, raz na lekarza. Badanie trwało dość długo. Poczułam niepokój. W pewnym momencie coraz mocniejsze naciskanie na brzuch stało się mało przyjemne. Lekarz przybliżył głowę do ekranu, zakrył usta dłonią szukając czegoś nerwowo… Co się dzieje?!… Po chwili odwrócił się, wzruszył ramionami i powiedział:

– Płód jest płaski. Dziecko niestety nie rozwija się. Serce przestało bić. Widoczne są liczne skrzepy i wylewy. Musi pani iść do szpitala. ROZUMIEMY SIĘ ????????

– Spojrzałam na lekarza z niedowierzaniem. Do szpitala? – zapytałam. Jak to?… Tak oczywiście… Muszę tylko zadzwonić do męża i do rodziców, że idę do szpitala… Ale gdzie dokładnie mam pójść?…. Dobrze, zaczekam na skierowanie…

Po wyjściu z gabinetu udałam się w kierunku centrum miasta. W głowie jak echo stale wracały słowa lekarza: MUSI PANI IŚĆ DO SZPITALA! SERCE NIE BIJE! PŁÓD OBUMARŁ! ROZUMIEMY SIĘ?! Skoro lekarz kazał iść do szpitala to idę! Po drodze kupiłam piżamę, szczotkę do zębów i kapcie. Trzymając w ręku skierowanie zmierzałam w kierunku dworca. Łzy jakoś same pchały się do oczu. Ludzie jak mrówki biegali w różne strony, ale nic mnie nie interesowało. Nagle, nie wiadomo skąd usłyszałam klakson i zobaczyłam przed sobą ogromny autobus. Kierowca machał nerwowo rękami krzycząc coś przez otwarte okno. Wystraszona weszłam na chodnik. Ludzie zatrzymali się pytając co się stało. Nie nic… dziękuję, wszystko w porządku! Odpowiedziałam jakiejś starszej pani. Świadoma tego, że byłam o włos od wypadku poszłam na przystanek. Czekając na autobus analizowałam sytuację, która miała miejsce przed chwilą. Byłam wystraszona, ale czułam, że nie jestem sama! Był ze mną on – ANIOŁ STRÓŻ. Szedł obok mnie cały czas. W końcu doszłam do szpitala. Pomyliłam izbę przyjęć i znalazłam się na oddziale płucnym. To nie tutaj! Pani musi iść do ostatniego budynku! Po przyjęciu na oddział byłam już bezpieczna. Ubrałam nową piżamę, kapcie i poszłam na salę.

– Proszę podać pani coś na uspokojenie – powiedział wychodząc z sali lekarz. Zabieg odbędzie się w poniedziałek. Dzisiaj piątek i weekend przed nami. Trzeba czekać …

MARZEC 2002 ROKU – ANIOŁ NR 2

Pani Małgosia Po powrocie do domu trzeba było wrócić do codzienności. Plany związane z powiększeniem rodziny trzeba było odłożyć na pół roku. Konieczne było wykonanie badań, w celu poznania przyczyny obumarcia płodu. Okazała się nią cytomegalia.

W lipcu 2001 roku radość znów zagościła w naszych sercach. Tym razem musi być dobrze – pomyślałam. Dzięki Panu Bogu zaszłam ponownie w ciążę i udało się bez większych problemów przetrwać 9 miesięcy. Ze względu na brak przeciwwskazań poród odbył się siłami natury. Akcja postępowała bardzo powoli. Po 16 godzinach urodziło się nasze pierwsze szczęście! Niestety pojawiła się konieczność szycia rany czwartego stopnia. Lekarz mający dyżur stwierdził, że „spróbujemy” zaszyć ranę bez znieczulenia. Po 16 godzinach pobytu na porodówce czekała mnie ciężka próba. Na szczęście była przy mnie ona – Pani Małgosia (położna), osoba, której nigdy wcześniej nie widziałam. Do dnia dzisiejszego pamiętam jak bardzo walczyła o wykonanie szycia w znieczuleniu ogólnym. Stanowczo zabroniła lekarzowi podejmowania działań bez znieczulenia, mówiąc podniesionym głosem: „Absolutnie się nie zgadzam. Pani musi dostać narkozę”. Pani Małgosia – ANIOŁ, który był przy mnie w tym ważnym dniu walczyła  narażając się lekarzowi, z którym na co dzień pracowała. To ona uchroniła mnie przed cierpieniem. A byłam jej zupełnie obca… A może tylko mi się tak wydaje?

PAŹDZIERNIK 2004 ROKU – GDZIE JESTEŚ ANIELE?

Narodziny naszego pierwszego dziecka w marcu 2002 roku były spełnieniem naszych marzeń. Jak wszyscy świeżo upieczeni rodzice koncentrowaliśmy się na wychowywaniu córki. Dziękowaliśmy Panu Bogu za jej życie. Po dwóch latach podjęliśmy decyzję o powiększeniu rodziny. Nie chcieliśmy, aby dziecko wychowywało się samo. Model rodziny 2 + 3 (rodzice i trójka dzieci) od samego początku była moim celem. Jako najstarsza z rodzeństwa miałam szczęście przeżyć narodziny młodszego o 4 lata brata i młodszej o 10 lat siostry. Za każdym razem podejmując temat rodziny mówiłam, że chcę mieć 2 córki i syna – tak samo jak ma moja mama. Planując kolejną ciążę mieliśmy w pamięci smutny finał pierwszej ciąży, ale nie wracaliśmy do tego. Było, minęło… Widocznie, tak musiało być – Pan Bóg przecież wie, co jest dla nas najlepsze. Z optymizmem patrzyliśmy w przyszłość.

Po kilku miesiącach na teście ciążowym pojawiły się długo oczekiwane kreski. HUUUURA! JEST JUŻ Z NAMI! Radość była wielka. Wykonałam kilkanaście telefonów chcąc podzielić się naszym szczęściem z innymi. Od razu też pojawiły się pytania: Jak to będzie w czwórkę? Ciekawe, czy to chłopiec czy dziewczynka? Trzeba zrobić małe przemeblowanie mieszkania! Jakiemu lekarzowi powierzyć prowadzenie ciąży? Dobrze, że mamy większość potrzebnych rzeczy – wózek, łóżeczko, ubranka… Pomimo aktywności zawodowej i wykonywania codziennych obowiązków nie odczuwałam dużego zmęczenia. Trzy miesiące minęły bardzo szybko. Nie dokuczała senność i zmęczenie jak w pierwszym przypadku. Wyniki badań były w normie. W ustalonym terminie udałam się na wizytę podczas, której lekarka miała wykonać kontrolne badanie ultrasonograficzne. Jak ja nie lubię tego badania! – myślałam siedząc w poczekalni.

– Proszę! Usłyszałam znany głos. Weszłam do gabinetu.
– Jak się Pani czuje? – zapytała pani doktor.
– Dobrze, ale trochę się denerwuję i dzięki temu mam ciśnienie książkowe – zażartowałam.
– Poproszę kartę ciąży. Pooglądamy maleństwo.

Leżąc na kozetce podczas badania patrzyłam w sufit. Ekran monitora nie kojarzył mi się zbyt dobrze, więc na niego nie zerkałam. Czekałam, aż usłyszę przez głośnik bicie serca…

– Kiedy była pani ostatnio? – zapytała pani doktor.
– Trzy tygodnie temu…

Cisza…. Długa cisza…. Pojedyncze dźwięki aparatury były jedynymi, słyszalnymi dźwiękami w gabinecie.

– Przykro mi… serduszko nie bije… Widocznie płód był chory i natura sama zdecydowała. Musi pani iść do szpitala. Dam pani skierowanie.
– Znowu? Jak to możliwe? Dlaczego? Dzisiaj piątek – znowu piątek, tak jak za pierwszym razem! Będę musiała czekać do poniedziałku! Czy to możliwe, że znów nas to spotkało? Drugi raz to samo
?

Pobyt w szpitalu był okazją do poznania wielu ludzi – pacjentek, położnych, lekarzy. Przypadki, jakie tam widziałam uświadomiły mi, że nie jestem jedyna osobą przeżywającą trudne chwile. Byli tacy, którzy mieli większe problemy. Po powrocie do domu znów byliśmy w trójkę. Myśli plątały się w nieuporządkowany sposób.

Nie ma co myśleć – trzeba żyć dalej! – mówiłam do siebie. Pan Bóg przecież wie lepiej… Gdzie jesteś mój Aniele? Czy to możliwe, że mnie zostawiłeś? Jak sobie poradzę? Jestem coraz słabsza i czuję, że zaczyna brakować mi sił. Co się ze mną dzieje? Dlaczego mój organizm zaczyna się buntować?

WRZESIEŃ 2006 ROKU – RATUJ ANIELE! DZIĘKI DUCHU ŚWIĘTY!

Po dwóch latach regeneracji organizmu wróciły siły i myśli o dziecku. Wstępne badania wyeliminowały zagrożenia. Wszystko ok. Można próbować. Tym razem będzie dobrze! Na pewno się uda – bo, jak mówią „do trzech razy sztuka”! Ku mojemu zdziwieniu na pozytywny wynik testu nie trzeba było długo czekać. Mimo tego, że radość była ogromna, ostrożnie i z dystansem podchodziliśmy do sprawy. Nie było euforii i planów. Nie było telefonów. Czekaliśmy na rozwój wydarzeń. Jak Bóg da…

Czekając w poczekalni jednej z najlepszych klinik próbowałam uspokoić bicie własnego serca. Jak ja nienawidzę tego USG – myślałam. To znowu 12 tydzień i znów ten nieszczęsny piątek. Czego się dowiem? Co usłyszę? Czy serduszko będzie biło? Po wejściu do nowoczesnego gabinetu poczułam przyjemny zapach. Lekarz przywitał się ze mną i przeszedł do wywiadu. Miał informację w karcie, że to czwarta ciąża, a poród był tylko jeden. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Po wykonaniu rutynowych czynności przeszedł do badania. Niestety znajoma CISZA nie wróżyła nic dobrego…. Właściwie nie musiał nic mówić, bo wiedziałam doskonale co się stało!

– Przykro mi! Doszło do obumarcia płodu… miejmy jednak nadzieję, że to co złe ma pani już za sobą – usłyszałam – Dam pani skierowanie do szpitala.

– Tak, wiem co robić panie doktorze, nie musi mi pan tłumaczyć. Wszystko wiem…

Wracając do domu w samo południe wrześniowego piątku byłam dziwnie spokojna. Muszę iść do szpitala – to oczywiste, ale nie mogę tego tak zostawić. Tym razem musi być inaczej. Muszę przeprowadzić badania genetyczne. Ten płód musi być zbadany! Muszę wiedzieć dlaczego tak się dzieje! Po powrocie do domu spokojnie usiadłam przed monitorem i zaczęłam poszukiwać informacji o badaniach genetycznych oraz lekarzach, którzy się w nich specjalizują. Kilka telefonów pozwoliło nawiązać kontakt z panią doktor, która wiedziała, co i gdzie należy zrobić. Ostatecznie zabieg wykonano w poniedziałek w Rudzie Śląskiej, a płód został zawieziony przez męża do wskazanego przez panią doktor laboratorium. Duch Święty podpowiadał nam cały czas co mamy robić. Co więcej – badanie, które nie należy do tanich zostało wykonane z funduszy przeznaczonych na badania genetyczne. Przypadek? Nie sadzę…

Po czterech miesiącach od zabiegu otrzymaliśmy informację, że wyniki badań są do odbioru i należy umówić się na ich omówienie z lekarzami. Okazało się, że nasz mały ANIOŁEK to chłopiec, który był bardzo chory i nie przeżyłby nawet tygodnia. Wynik stwierdzający wadę genetyczną płodu kwalifikował nas do przeprowadzenia bezpłatnych, szczegółowych badań krwi oraz bardzo dokładnej diagnostyki w przypadku dalszych starań. Pojawiło się światełko w tunelu…

– Wiem, że urodzę jeszcze dziecko – myślałam patrząc na obraz Matki Boskiej Piekarskiej! Nie wiem kiedy to nastąpi, ale wiem, że tak będzie! Będę próbować do skutku! Nie szkodzi, że organizm jest mocno osłabiony! Uda się! Muszę tylko poznać przyczynę i wiedzieć dlaczego tak się dzieje! Wiem, że dziecko będzie ZDROWE! Patrzyłam na nią, a ona uśmiechała się tajemniczo i spokojnie, jakby nigdy nic się nie stało! W ciszy wstawiała się za nami i czuwała. To co wydarzyło się później nie było dziełem przypadku. Nikt nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Bo dla Boga nie ma nic niemożliwego… On postawił na naszej drodze kolejne ANIOŁY, które pomogły poznać prawdę… Chwała Mu za to!!! 

KWIECIEŃ 2006 ROKU – ANIOŁ W KRAKOWIE

Trzy obumarłe ciąże nie rokowały dobrze na przyszłość. Co dalej? – zastanawialiśmy się. Lekarze nie wiedzieli dlaczego tak się dzieje i jak temu zapobiec. Czy donoszę ciążę? Pytałam. A jeżeli nawet donoszę ciążę, czy dziecko będzie zdrowe? Lekarze niestety nie znali odpowiedzi na te pytania. Wyniki badań histopatologicznych wykonywanych po każdym zabiegu wskazywały na przewlekły stan zapalny w organiźmie. Badanie płodu wykazało poważną wadę genetyczną czwartego dziecka. Było spore ryzyko urodzenia dziecka chorego. Pomimo wielu badań żaden lekarz nie wiedział skąd się ów stan zapalny w organizmie bierze. Wizyty u stomatologa, laryngologa, alergologa, hematologa nie wykazały większych problemów ze zdrowiem. Pierwsze złe wyniki pojawiły się w badaniach zleconych przez reumatologa. Nieprawidłowy, dodatni wynik czynnika reumatoidalnego RF (przeciwciała skierowanego przeciwko własnym tkankom organizmu) i przeciwciał przeciwjądrowych ANA (przeciwciała skierowanego przeciwko składnikom jądra komórkowego) zwrócił uwagę lekarza reumatologa na toczeń rumieniowaty układowy (SLE) lub RZS (reumatoidalne zapalenie stawów). Po stwierdzeniu przeciwciał ANA zaczęłam dożo czytać o chorobach autoimmunologicznych. Toczeń rumieniowaty to groźna choroba mającą wiele powikłań. Czytając dużo na jej temat dowiedziałam się, że nie wszyscy ludzie mający dodatnie miano przeciwciał ANA chorują na toczeń. Czułam, że należę właśnie do tej grupy. Nie wiedziałam dlaczego wyniki wychodzą źle, ale czułam że w moim przypadku diagnoza nie jest trafna. To nie toczeń! – podpowiadał mi Duch Święty. Szukaj dalej – mówił.

– Powinna pani przestać myśleć o ciąży, bo wyląduje pani na wózku inwalidzkim! – powiedziała podczas jednej z wizyt zdenerwowanym głosem pani doktor reumatolog. Mało pani? Trzy martwe ciąże jeszcze pani nie przekonały? Ma pani autoagresję. Wygląda na to, że organizm produkuje przeciwciała zwalczające ciążę – organizm nie chce tej ciąży i ją usuwa! To będzie się powtarzało za każdym razem! – mówiła dalej. Czy badała pani przeciwciała powodujące poronienia? Niech pani już odpuści! Organizm jest osłabiony i każda ciąża to duże ryzyko. Zabiegi w znieczuleniu ogólnym negatywnie wpływają na pracę serca. Powinna pani już zakończyć ten temat. Przecież ma pani jedno dziecko!

– Badałam przeciwciała antykardiolipinowe pani doktor. Były ujemne – odpowiedziałam. Badałam je już trzy razy.

– Przeciwciała antykardiolipinowe najlepiej zbadać w Krakowie – odpowiedziała pani doktor. Ale to tak na marginesie, bo w pani przypadku mamy inny problem. Nie powinna pani już ryzykować.

Stanowcze słowa pani doktor długo nie dawały mi spokoju. Czy to możliwe, że zachoruję na toczeń i resztę życia spędzę na wózku inwalidzkim? Przecież już tyle przeszłam… może jeszcze tylko ten jeden raz! Panie Boże, czy naprawdę coś mi grozi? Czy powinnam posłuchać i odpuścić? A co jeśli dziecko będzie chore? Co robić Matko Boża? Gdy patrzyłam na obraz Matki Boskiej Piekarskiej wszystko stawało się proste. Nic Ci nie grozi – mówiła. Szukaj dalej i próbuj! Wszystko będzie dobrze☺ Jestem z Wami.

– Jedziemy do Krakowa!!! – oznajmiłam pewnego dnia.
– Gdzie? – zapytał mąż.
– Do Krakowa.
– A po co do Krakowa?
– Na badania. Trzeba zbadać przeciwciała antykardiolipinowe.
– Przecież już je badałaś!
– Tak, ale musimy pojechać i zbadać je jeszcze raz.
– Nie ma problemu! – odpowiedział – Kiedy chcesz jechać?
– Jak najszybciej!

Wcześnie rano wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy w drogę. Jak na złość droga była nieprzejezdna z powodu robót drogowych. Utknęliśmy w korku. Nie zdążymy do 9:00! Spóźnimy się! Zamkną laboratorium! Co robimy? Wracamy? Nie, skoro już jedziemy to jedźmy! Może jednak się uda!

Przed zamkniętymi drzwiami korytarza, na którym znajdowało się laboratorium byliśmy o godzinie 9:15. Laboratorium było już zamknięte. Pomimo tego nacisnęliśmy dzwonek. W drzwiach ukazała się kobieta w białym fartuchu.

– Państwo w jakiej sprawie? – zapytała.

– Chcieliśmy wykonać badanie przeciwciał antykardiolipinowych. Niestety z powodu korków nie zdążyliśmy przyjechać do godziny 9:00. Jesteśmy z Katowic…

– Proszę, niech państwo wejdą – kobieta wskazała drzwi do laboratorium.

Po chwili siedzieliśmy przy stole.

– Dlaczego chce pani badać przeciwciała? – zapytała – Co się dzieje?

Powoli, ze szczegółami opowiedziałam osobie, którą widziałam pierwszy raz w życiu całą historię. Ona słuchała uważnie kiwając od czasu do czasu głową.

Po wysłuchaniu tego co miałam do powiedzenia, wzięła do ręki grubą książkę i zaczęła czegoś szukać.

– Samo badanie przeciwciał nie wystarczy! – powiedziała – Musi pani wykonać więcej badań. Trzeba poszerzyć diagnostykę. W mojej pracowni mogę wykonać pani badania nieodpłatnie. Wyniki wyślę pocztą. Zobaczymy jak wyjdą – jeżeli zajdzie konieczność ich powtórzenia przyjedzie pani do mnie jeszcze raz – uśmiechnęła się.

Po pobraniu krwi zostawiliśmy adres, podziękowaliśmy i pożegnaliśmy się. Machając na pożegnanie zastanawiałam się, czy to możliwe, że obca osoba z takim zainteresowaniem i życzliwością podeszła do naszego problemu. Ta kobieta to Anioł! – pomyślałam. Prawdziwy Anioł! Nie dość, że przyjęła nas z otwartymi ramionami to jeszcze sama zaproponowała bezpłatne wykonanie badań. Dodatkowo miałam wrażenie, że w tym dniu mieliśmy się spóźnić. W laboratorium oprócz naszej trójki nie było nikogo. Nikt nam nie przeszkadzał. Nikt nie przerywał. Mój ANIOŁ miał czas tylko dla mnie. Czekał tam nie bez powodu.

Po czterech miesiącach wyjęłam ze skrzynki list z wynikami badań. Na wstępie przeczytałam, że badania przeciągnęły się z powodu braku odczynników. Okazało się, że część badań należało powtórzyć, gdyż wyniki były wątpliwe (powinny być ujemne). Po 6 miesiącach ponownie pojechaliśmy do Krakowa. Tym razem nasz Anioł dokonał analizy wyników za pomocą grubej księgi medycznej.

– Wygląda na to, że ma pani zaburzenia układu pokarmowego – powiedziała laborantka – Powtórzymy badania. Wyniki znowu wyślę pani pocztą. Z kompletem badań pójdzie pani do gastrologa. On będzie dalej szukał. Niebawem pozna pani prawdę.

Drugi list z wynikami badań przyszedł dużo szybciej niż pierwszy. Postanowiłam od razu pokazać je lekarzowi. W poradni gastrologicznej zostałam przyjęta w środę pomimo tego, że nie byłam zapisana i nie miałam wyznaczonego terminu. Po dwóch dniach (w piątek) miałam już pierwszą gastroskopię. Podczas badania pani doktor pobrała wycinki z dwunastnicy i kazała czekać na wyniki. Po dwóch miesiącach od gastroskopii (pamiętam, że było to 7 maja) pojechałam na wizytę odebrać wynik.

– Wreszcie znamy przyczynę pani problemów!!! Nie toleruje pani glutenu – usłyszałam – Ma pani stwierdzony zanik kosmków jelitowych – 1 typ według Marsha. Musi pani natychmiast przejść na dietę bezglutenową. Gluten powoduje zapalenie jelit i atakuje stawy. Niestety nie ma na to leków. W tym przypadku pomaga tylko dieta.

Dieta bezglutenowa? Co to jest gluten? Nigdy o nim nie słyszałam! – myśli kotłowały się w głowie.
– Nie może pani jeść niczego co zawiera mąkę – kontynuowała pani doktor – Gluten to białko zbóż. Działa cicho i podstępnie. Wyniszcza organizm od środka nie dając żadnych objawów. Niszczy jelita. Proszę sobie o nim poczytać.

Po powrocie do domu rozejrzałam się po kuchni i stwierdziłam, że większość produktów, które mam zawiera gluten. Co teraz będzie? Zastanawiałam się. Co będę jadła? Pierwsze tygodnie diety były bardzo trudne. Uczyłam się jej od podstaw. Teraz, po 9 latach śmieję się z tego okresu. Było ciężko, ale byłam szczęśliwa, że wreszcie po 7 latach szukania poznałam prawdę. Miałam zapalenie jelit! Stan zapalny nie pozwalał rozwijać się ciążom. Wszystko stało się jasne! Odkryłam prawdę! Dziękuję ANIELE z Krakowa!!!

MAJ 2008 ROKU – ANIOŁEK PRZEPOWIADAJĄCY PRZYSZŁOŚĆ W SANKTUARIUM MARYJNYM

Dzień 7 maja 2008 roku na zawsze pozostanie w mojej pamięci. W tym dniu podczas wizyty u gastrologa pierwszy raz usłyszałam słowo gluten i celiakia. W gabinecie, trzymając wynik gastroskopii stwierdzający celiakię 1 typu według Marsha zupełnie nie wiedziałam o co chodzi. Pani doktor wspomniała coś o zakazie spożywania produktów zbożowych. Dowiedziałam się, że mając celiakię trudno zajść w ciążę i utrzymać ją.

Nareszcie – po 7 latach szukania przyczyn problemów poznaliśmy prawdę. Po powrocie do domu zasiadłam przed monitorem komputera i zaczęłam poszukiwać informacji w Internecie. Po przejrzeniu kilku stron dowiedziałam się, że gluten to białko zbóż. Spożywanie przez osoby nietolerujące glutenu produktów mącznych powoduje zanik kosmków jelitowych i stan zapalny układu pokarmowego. Dodatkowo gluten negatywnie wpływa na stan skóry i osłabia działanie wielu narządów.

Wiedziałam, że problem jest poważny i nie wolno go bagatelizować. Zastosowanie diety było konieczne. Gorzej było z realizacją. Każdego ranka w większości domów przygotowuje się kanapki. Chleb, który zakupiłam w sklepie ze zdrową żywnością w dotyku przypominał dwutygodniowy chleb tostowy. 8 kromek wystarczało na 3 dni.

– To nie jest zjadliwe – mówiłam do siebie – Kruszy się, łamie i smakuje jak piasek. Jakie to niedobre! Co ja mam jeść na śniadanie?

– Może lepiej upiec własny chleb – radzili znajomi.

– Nie mam dużo czasu – za kilka dni wyjeżdżam na zieloną szkołę! Muszę kupić zapas chleba bezglutenowego i zabrać go ze sobą. Trudno! Jakoś przeżyję.

Pomimo życzliwego podejścia pracowników kuchni często okazywało się, że serwowane obiady i ciepłe kolacje są pyszne – ale z glutenem. Pachnące pieczywo, płatki, wędliny nie były dla mnie. Zupy, panierowane mięsa i sosy wyglądały smakowicie, ale zawierały mąkę. Kasza jęczmienna, kasza manna, żurek to produkty zbożowe. Wiele dań zagęszczano mąką. Naleśniki, spaghetti, pizza i pierogi serwowane na kolację też zakazane. Cóż było robić? Trzeba było polubić suchy, kruszący się chlebek z dżemem, miodem, jajkiem, pomidorem i ogórkiem.

Pewnego pięknego, słonecznego dnia pojechaliśmy na wycieczkę do Sanktuarium Matki Bożej Trzykroć Przedziwnej na Górze Chełmskiej koło Koszalina. Nigdy nie słyszałam o tym miejscu. Po wysłuchaniu historii Sanktuarium nasza sześcioletnia córka bawiła się z dziećmi.

– Czy mogę iść do sklepiku pooglądać aniołki? – zapytała

– Czy mogę kupić jednego do mojej kolekcji na pamiątkę? Proszę!

– Możesz. Idź i wybierz jednego. Zaraz do Ciebie przyjdę – odpowiedziałam.

Kiosk z pamiątkami, który był tuż obok cieszył się dużym zainteresowaniem wszystkich dzieci.

– Którego chcesz aniołka? – zapytałam podnosząc córkę do góry, aby przyjrzała się im bliżej.
– Chcę…, chcę… – wodziła niezdecydowanie palcem oglądając każdego aniołka bardzo uważnie

Chcę…, tego! – wskazała palcem.

– Którego? Tego ze skrzypcami?

– Nie, tego z tyłu – pokazała – Tego w rogu, tam – na końcu.

Przyglądając się uważnie dostrzegłam małego aniołka trzymającego coś w rękach.

– Chcesz tego malutkiego? – zapytałam.

– Tak. – odpowiedziała.

Po wskazaniu aniołka sprzedawczyni, aniołek był nasz. Ku mojemu zdziwieniu był on inny od aniołków stojących na półce. Był bardzo oryginalny. Pomimo bogatej kolekcji aniołków posiadanej w domu i oglądania ich w wielu sklepikach nigdy wcześniej takiego nie widziałam. Aniołek wybrany przez córkę trzymał na rękach owinięte w pieluszkę dziecko.

– Jaki słodki dzidziuś! – uśmiechnęła się.

– Śliczny – odpowiedziałam.

– Wróci z nami do domu!

– Oczywiście – wypowiadając te słowa nie wiedziałam, że zakupiony właśnie aniołek przepowiadał to, co miało stać się niebawem.

Matka Boża Trzykroć Przedziwna wiedziała doskonale, co się wydarzy i poinformowała nas o tym. Zaraz po powrocie zaszłam w ciążę po raz piąty. Pojawiła się kolejna szansa i ciężka próba. Czy tym razem się uda? – myślałam. Czy miesiąc diety bezglutenowej wystarczy, aby utrzymać ciążę? Czy to nie za krótko? Będąc na diecie zaopatrywałam się w produkty w sklepach ze zdrową żywnością. Studiowałam każdy skład produktów. Nie jadłam niczego, co mogło zaszkodzić mnie i dziecku. Robiąc zakupy poznałam inne osoby na diecie. Wiedza na temat glutenu była coraz większa i pełniejsza. Czułam się dobrze! Czułam, że idę we właściwym kierunku. Ksiądz proboszcz dowiedziawszy się o diagnozie zamówił dla mnie komunię bezglutenową. Osobiście pilnował tego, abym mogła przyjąć Pana Jezusa. Modlił się o szczęśliwe rozwiązanie…

– Dzień dobry – powiedziała z uśmiechem pani doktor w poradni genetycznej – Co Państwa do mnie sprowadza? Czy jest pani w ciąży?

– Tak, jestem.

– Która to ciąża?

– Piąta!

– Co wiemy? – ciągnęła dalej…

Po przedstawieniu wyników badań zgromadzonych w ciągu 7 lat i wyników badań wykonanych w Krakowie, pani doktor stwierdziła, że jesteśmy drugą parą mającą problem z utrzymaniem ciąży z powodu glutenu. Ze względu na małą wiedzę na ten temat obiecała, że przeprowadzi rozmowę z lekarzem praktykującym w Stanach Zjednoczonych i zleciła odpowiednie badania.

– Musimy sprawdzić, czy dziecko jest zdrowe – powiedziała

– Dodatkowo proszę zapisać się na badanie ultrasonograficzne, które wykonujemy w 12 tygodniu – powiedziała.

Oczekując wezwania na badanie usg trudno było opanować strach. Nadeszła chwila prawdy. Co powie lekarz? Czy znowu zapanuje niezręczna cisza? Czy serduszko będzie biło?

Po wejściu do gabinetu (razem z mężem) przekazaliśmy lekarzowi kilka informacji.

– Piąta ciąża? – zapytał otwierając szeroko oczy

– Poważnie? Dlaczego?

W kilku zdaniach opowiedzieliśmy całą historię.

– Gdy pani słucham jestem głodny – zażartował

Co pani je? Trudno sobie wyobrazić życie bez pieczywa! No nic, zaraz zobaczymy dzidziusia. Niech się pani tak nie denerwuje! – uśmiechnął się życzliwie.

Ze względu na wieczorną porę w gabinecie panował półmrok. Mocne światło padało tylko z ekranu monitora. Po kilku sekundach lekarz uśmiechnął się do siebie i powiedział:

– Proszę zobaczyć jak PIĘKNIE BIJE SERDUSZKO! O tutaj! – wskazał migocący punkt – Dziecko jest zdrowe, silne i nawet o 5 dni większe niż wskazuje termin porodu. Swoją drogą to dowodzi, że dziecko do prawidłowego rozwoju wcale nie potrzebuje pieczywa. Czy chcecie państwo posłuchać bicia serca? – zapytał.

– Oczywiście, że chcemy! Moglibyśmy go słuchać bez końca! Czekaliśmy na ten moment 7 lat.

Szczęście jakie poczuliśmy trudno opisać. Wszystko będzie dobrze! Dziecko jest zdrowe! Bicie serca brzmiało jak najpiękniejsza melodia. Po powrocie do domu nikt się nie smucił. Mieliśmy odwagę poruszyć temat imienia. Wszyscy cieszyli się razem z nami. Kolejne badania potwierdzały prawidłowy rozwój dziecka. Wiedziałam, że niebezpieczeństwo minęło i że tym razem będzie dobrze. Wiedziałam, że zakupiony w Sanktuarium ANIOŁEK nie był tylko pamiątką. Wiedziałam, że czuwa nad nami Matka Boża Piekarska i Matka Boża Trzykroć Przedziwna.

W lutym 2009 roku urodził się nasz syn! Zdrowy chłopiec z masą 3690 dag. Piękne, zdrowe dziecko – kiwali głową lekarze. To niesamowite, że się pani udało! Ależ pani jest uparta! GRATULUJEMY!!! Z Panem Bogiem łatwo jest być upartym myślałam. On wszystko wie! On daje nadzieję! Z nim wszystko jest możliwe! Chwała mu za to!

ROK 2007 – ANIOŁ STRÓŻ PO RAZ DRUGI

– Co powiedzielibyście za wspólny wyjazd w góry? – zapytał pewnego dnia mój młodszy brat – Możemy wynająć domek i spędzić tam weekend. Pospacerujemy, pójdziemy na basen, pogramy w scrabble. Co Wy na to?

– Super! – przyznaliśmy zgodnie z siostrą i znajomymi.

– No to postanowione! Jedziemy w góry.

W dniu wyjazdu świeciło słońce. Wycieczka zapowiadała się doskonale. Rano spakowaliśmy kilka rzeczy i wsiedliśmy do samochodu. Droga minęła bardzo szybko. Wszystkim dopisywały dobre humory. Po przyjeździe na miejsce zostawiliśmy torby, spakowaliśmy rzeczy na basen i udaliśmy się w kierunku centrum miasta. W centrum atrakcji i turystów nie brakowało. Po krótkim spacerze pojechaliśmy do hotelu na basen.

Gdzie najpierw? Duży basen, solanki? To może na zjeżdżalnię? Idziemy na basen typu „lejek”?

– Idziemypośmiejemy się – odpowiedziałam.

Po chwili stałam razem z bratową przed wejściem do zjeżdżalni. Pozostali stwierdzili, że nie wchodzą i będą patrzeć na nas z góry.

– Nie jestem pewna, czy dobrze robię – pomyślałam

– Nigdy wcześniej tego nie próbowałam.

Zastanawiałam się, jakie to uczucie wirować w ogromnym lejku jak na karuzeli i wpaść przez mały otwór do wody. Z góry wszystko wyglądało prosto. Roześmiane osoby wracały na górę, aby zjechać ponownie. Nic nikomu się nie stało. Bratowa, która zjechała pierwsza zdążyła już wyjść z basenu.

– „Raz kozie śmierć” – pomyślałam – jadę.

Pierwszą połowę zjeżdżalni pokonałam w szybkim tempie. Dobrze byłoby, gdybym z taką prędkością wpłynęła do „lejka”, kręciła się jak wszyscy i wpadła przez otwór do basenu. Niestety (sama nie wiem z jakiego powodu) wyhamowałam i zmniejszyłam prędkość zjazdu. Na końcu zjeżdżalni niestety nie miałam możliwości przyspieszenia, aby z odpowiednią prędkością wpłynąć do ”leja”. Spadając pionowo w dół, obróciło mnie i uderzyłam tyłem głowy w bok otworu. Wpadłam do basenu. Czułam, że idę na dno. Basen wydał mi się bardzo głęboki.

– „Musisz wypłynąć”, „Płyń do góry” – słyszałam – „Do góry”.

W głowie dudniło, jakby ktoś uderzał w bęben. Czułam ogromny ból w miejscu uderzenia. Po chwili zobaczyłam światło.

– „Jeszcze troszeczkę”.

Udało się. Po wypłynięciu wzięłam głęboki oddech i rozejrzałam się dookoła. Jako pierwszego zobaczyłam ratownika, którego chwycił za rękę po drodze biegnący do mnie mąż. Później zauważyłam resztę. Dźwięk uderzenia głową w bok plastikowego leja był słyszalny na całym basenie. Zadrżały zjeżdżalnie. Przybiegli inni ratownicy pytając, co się stało.

– Wszystko w porządku? – pytali.

Szybko znalazłam się w punkcie pierwszej pomocy medycznej. Ratownik posadził mnie na kozetce i kilkakrotnie zamrażał sprayem sporego guza. Z powodu wysokiego ciśnienia doszło do zaburzeń widzenia. Plakat, który wisiał na ścianie wyglądał tak, jakby ktoś wyciął w nim literę „C”. Nogi i ręce drżały, a serce biło jak szalone.

– Na razie zostanie pani z nami. Musimy uregulować ciśnienie i zmniejszyć guza – powiedział – Ale pani miała szczęście! To mogło zakończyć się tragicznie! Jak to się stało? W najbliższym czasie trzeba będzie wykonać tomografię komputerową głowy i sprawdzić, czy nic się nie dzieje. Niestety w naszym mieście nie ma możliwości wykonania tego badania. Trzeba jechać do szpitala w sąsiednim mieście – mówił.

Słuchając ratownika spojrzałam w kierunku uchylonych drzwi. Zobaczyłam kilka głów.

– Wszystko ok? Żyjesz? – pytali wszyscy.

– Tak, żyję! Jest dobrze.

Po 40 minutach powoli zaczął wracać do normy wzrok. Obraz stawał się pełny. Głowa nadal bolała okrutnie.

– Proszę nie brać środków przeciwbólowych, bo nie będzie Pani wiedziała, czy stan się nie pogarsza – poradził ratownik

– No i obowiązkowo proszę pójść do neurologa.

Trzymając zimny okład z tyłu głowy udałam się do szatni. Czas na pływanie się skończył. Na basenie byłam zaledwie 10 minut – resztę spędziłam w punkcie pierwszej pomocy. Pozostali niestety też nie skorzystali. Po wypadku czekali na mnie pod gabinetem. Po wyjściu z hotelu poszliśmy na obiad i wróciliśmy do wynajętego domku. Dostosowałam się do zaleceń i nie brałam środków przeciwbólowych. Ciężko było skupić się na grach, gdyż czułam się tak, jakby ktoś uderzał młotem w tył mojej głowy. Po powrocie do domu ustaliłam wizytę u neurologa, który zlecił tomografię.

– „Pani ma więcej szczęścia niż rozumu!”. Już nigdy więcej nie wolno pani wejść na zjeżdżalnię – powiedziała stanowczo pani doktor.

– Tak wiem, to nie było mądre. Do tego przed zjazdem powiedziałam do siebie „Raz kozie śmierć” – ciągnęłam dalej.

Lekarska uśmiechnęła się.

– No, było blisko. Na szczęście nic się nie stało. Następnym razem niech pani nie wywołuje wilka z lasu.

Tomografia komputerowa nie wykazała niczego niepokojącego. Pozostał jedynie niewielki guz. Wiem, że szczęśliwe zakończenie nie zawdzięczam „szczęściu”. W tym dniu był ze mną mój ANIOŁ STRÓŻ. To on podczas zjazdu w dół obrócił mnie tak, abym uderzyła najtwardszą częścią czaszki. Nie ma wątpliwości, że uratował moją twarz. Gdybym uderzyła łukiem brwiowym, nosem, uchem lub skronią najprawdopodobniej straciłabym przytomność i nie wypłynęła z basenu. Konsekwencje mojego niefortunnego zjazdu mogły być tragiczne. Teraz, kiedy wyjeżdżam gdzieś z rodzeństwem mam zakaz korzystania z wszelkiego rodzaju atrakcji. Wszyscy są spokojni, gdy po prostu stoję „grzecznie” z boku 🙂 Mają pewność, że nic mi nie grozi! A ja, absolutnie nie polecam zjeżdżalni na basenie 🙂

„Aniele Boży, Stróżu mój. Ty zawsze przy mnie stój!
Rano, wieczór, we dnie, w nocy, bądź mi zawsze ku pomocy. Broń mnie od wszystkiego złego i zaprowadź mnie do życia wiecznego. Amen”.

WRZESIEŃ 2010 ROKU – A JEDNAK BĘDZIE NAS PIĄTKA!

Po narodzinach syna w 2009 roku tworzyliśmy szczęśliwą czteroosobową rodzinę. Po 7 latach trudnych doświadczeń z dumą mówiliśmy, że mamy „parkę”. Cieszyliśmy się szczęśliwym zakończeniem naszych problemów i koncentrowaliśmy uwagę na dzieciach.

Poznając tajniki diety bezglutenowej (syn jest na diecie bezglutenowej i bezmlecznej od urodzenia, a córka od 5 lat) mijał dzień za dniem, miesiąc za miesiącem. Coś jednak stale nie dawało mi spokoju. Pomimo szczęśliwego zakończenia czułam, że nie jesteśmy w komplecie. Temat kolejnej ciąży praktycznie nie wchodził w grę. Po porodzie okazało się, że do nietolerancji glutenu doszła nietolerancja produktów mlecznych. Oznaczało to konieczność wyeliminowania z diety mleka, śmietany, serków, jogurtów, żółtego sera, twarogu i wszystkich produktów zawierających mleko w proszku. Uważne studiowanie etykietek pozwalało uniknąć problemów zdrowotnych (spożycie niedozwolonego produktu powodowało spadek odporności i choroby).

Ze względu na duże ograniczenia żywieniowe konieczne było kontrolowanie stanu zdrowia poprzez badania laboratoryjne i uzupełnianie niedoborów suplementami diety. Ogólnie trzeba było trzymać rękę na pulsie. Niestety w przypadku nietolerancji glutenu szanse na wyjście z alergii są niewielkie. Dieta zazwyczaj obowiązuje do końca życia. Spożywanie produktów zbożowych powoli wyniszcza organizm od środka. Czasami gluten działa bardzo podstępnie i atakuje bez objawów. Z medycznego punktu widzenia szósta ciąża byłaby szaleństwem. Wszyscy byli zgodni, że to niebezpieczne. Nie możemy więcej ryzykować! Koniec! myślałam. No dobrze, ale… Przecież zawsze mówiłam, że będę miała trójkę dzieci, tak jak moja mama… Myśl ta wracała jak bumerang!

Wielkie było nasze zdziwienie, gdy we wrześniu 2010 roku na teście ciążowym pojawiły się dwie wyraźne kreski. Z medycznego punktu widzenia szanse na poczęcie dziecka były naprawdę niewielkie. Przyznaję, że przeszła mi przez głowę możliwość zajścia w ciążę, ale było to mało prawdopodobne. To niemożliwe!

Analizując sytuację śmiałam się do siebie, bo wiedziałam, że Pan Bóg sam zdecydował. Właściwie, można powiedzieć, że zmusił mnie do urodzenia trzeciego dziecka. Wiedział, że się boję i zdecydował za mnie. Mogło być różnie. Nikt nie dawał gwarancji, że się uda. Pomimo tego cieszyliśmy się i ufaliśmy Panu Bogu. Skoro zdecydował, że dziecko ma przyjść na świat to nie pozwoli, by stało się coś złego – myślałam.

Ze względu na wiek (miałam ukończone 35 lat) lekarz na pierwszej wizycie zlecił więcej badań. Pomimo tego, że byłam pod dobrą opieką z niecierpliwością oczekiwałam dobrze znanego mi badania ultrasonograficznego. Razem z mężem pojechaliśmy w wyznaczonym terminie na wizytę. Na samą myśl ciarki przechodziły mi po plecach.

– Znowu tu jestem – myślałam, uśmiechając się do siebie.

Czekając na badanie serce jak zawsze biło zdecydowanie szybciej. Po wejściu do gabinetu lekarz zadawał standardowe pytania dotyczące wieku, ilości ciąż i liczby porodów. Zdziwił się nieco, gdy usłyszał, że to szósta ciąża, a porody były dwa.

– No nieźle – dodał

– Widzę, że mam trudne zadanie. No dobrze, zobaczmy, co słychać u maleństwa. Gotowa?

– Tak, jestem gotowa!

– No to zobaczmy jak się maleństwo miewa.

Po kilku sekundach usłyszeliśmy z mężem równomierne bicie serca naszego dziecka.

– Pięknie bije! – powiedział

– Wszystko jest w najlepszym porządku. Silne dziecko!

W 24 tygodniu ciąży okazało się, że urodzi się nam córeczka. Termin porodu lekarka wyznaczyła na piątek 27 maja.

– To niemożliwe – zaśmiałam się.

– Co jest niemożliwe? – zapytała pani doktor.

– Zbieżność dat. Nasza najstarsza córka urodziła się 27 marca, syn 27 lutego, a teraz termin wyznaczono na 27 maja (piątek).

– Hm…, wygląda na to, że planowała pani rodzinę z kalendarzem w ręku 🙂 – zażartowała pani doktor.

38 tygodni ciąży minęło szybko bez komplikacji. 20 maja (tydzień przed wyznaczonym terminem cesarskiego cięcia) rzeczy były spakowane w torbie. W poniedziałek dowiedzieliśmy się, że ze względu na urlop lekarza termin porodu został przesunięty na niedzielę 29 maja.

– Szkoda, że nie urodzi się 27 maja – pomyślałam – Trudno…

– No i mamy problem! 29 maja jest męska pielgrzymka do Piekar. Miałem pomóc jako szafarz – powiedział mąż.

– W takim razie jedź samochodem na Mszę Świętą, poproś Matkę Bożą Piekarską o szczęśliwe rozwiązanie i przyjedź do szpitala – powiedziałam.

Plan był idealny! Nie można było sobie wymarzyć piękniejszego dnia na narodziny dziecka. Po porannej Mszy Świętej o godzinie 7:30 pojechałam z moją siostrą do szpitala. Po przyjęciu na oddział pani doktor poinformowała mnie, że cesarskie cięcie zaplanowane jest na godzinę 13:00.

– Nie zdąży! – myślałam

– Przyjedzie po wszystkim! Matko Boża, spraw, aby zdążył.

Przed godziną 13:00 czekałam niecierpliwie na telefon. Okazało się, że z powodu korków miasto jest nieprzejezdne. Pomimo wyboru innej drogi powrót do Katowic trwał prawie 2 godziny.

– Nie zdążę – myślał.

Tymczasem na oddziale pani doktor była bardzo zajęta skomplikowanym porodem naturalnym. Godzinę mojego porodu przesunięto na 15:00.

– Niestety będzie musiała pani zaczekać – powiedziała pani doktor. Mamy trudny przypadek.
– Ależ mnie się wcale nie spieszy – pomyślałam.

Wiedziałam, że to opatrzność i Matka Boża czuwa.

O godzinie 14:50 wbiegł na oddział zestresowany sytuacją mąż. W momencie kiedy podszedł do mnie, wyszła z sali operacyjnej pani doktor.

– No to całusek i zaczynamy – powiedziała z uśmiechem.

O godzinie 15:20 mąż zobaczył w szpitalnym wózku nasze szczęście.

– Proszę ze mną – powiedziała położna – Musimy zająć się maleństwem 🙂

A jednak jest nas pięcioro! Rzeczy niemożliwe, stały się faktem. Dla Boga nie ma nic niemożliwego! Tak samo jak moi rodzice mamy: córkę, syna i córkę. Spełniły się wszystkie nasze plany i marzenia. Co roku, w dniu pielgrzymki kobiet do Piekar Śląskich dziękuję Matce Bożej Piekarskiej za łaskę życia moich dzieci. Całkowicie oddaje je Jej opiece. Dodatkowo, całkiem niedawno uświadomiłam sobie jeden fakt. Moi rodzice mają tu na ziemi dwie wnuczki i jednego wnuka. Bardzo je kochają. Rodzice mojego męża mają trójkę wnuków w niebie. Jestem pewna, że opiekują się nimi doskonale. Pan Bóg podzielił role sprawiedliwie. A my mamy nadzieję, że kiedyś spotkamy nasze ANIOŁKI w niebie.

„Nie umiem dziękować Ci Panie, bo małe są moje słowa. Zechciej przyjąć moje milczenie i naucz mnie życiem dziękować!” 

1 LISTOPADA 2015 ROKU – ANIOŁY I WSZYSCY ŚWIĘCI NA POSTERUNKU!

Czytając o cudach jakie zdziałał Pan Jezus zastanawiam się jak zareagowałabym na rozmnożenie chleba, przemienienie wody w wino, uzdrawianie chorych, wskrzeszenie zmarłego czy Zmartwychwstanie. Opisane przez Ewangelistów sceny wydają się zupełnie nieprawdopodobne. To, co wydarzyło się 1 i 2 listopada 2015 roku jest równie nieprawdopodobne jak cuda opisane w Piśmie Świętym. To, co przeżyliśmy dowodzi, że Pan Bóg wszystko może i ma niezłe „poczucie humoru”. Wstawiennictwo Wszystkich Świętych i ANIOŁÓW w tym pamiętnym dniu było wręcz namacalne. Ale zacznijmy od początku…

– Rdza bierze klapę i drzwi samochodu – powiedział mąż po powrocie z pracy

 – Trzeba będzie jechać do lakiernika, bo za chwilę będzie fatalnie.

– Ile mniej więcej potrzeba? – zapytałam.

– Elementów jest kilka, myślę, że 2000 zł jak nic.

– Sporo…

– Trzeba będzie o tym pomyśleć i coś wykombinować. I to jak najszybciej, bo zbliża się zima! Wiesz, że bez auta ani rusz. Trzeba o niego dbać! Dojazd autobusem do pracy potrwa 2 godziny.

– Tak wiem…

Dzień Wszystkich Świętych w 2015 roku wypadł w niedzielę. W tygodniu poprzedzającym święto jak zawsze kupiliśmy znicze i kwiaty. Ze względu na to, że mąż pracował w sobotę do 1:00 w nocy rzeczy zostały w domu. Wracając do domu (około 1:30 w nocy) mąż pojechał na myjnię i stację benzynową. Ze względu na zmęczenie i chęć odwiedzenia grobu rodziców o 8:00 rano, pomyślał, że nie pojedzie na parking tylko zaparkuje samochód pod blokiem. Chciał pierwszy pomodlić się nad grobem i zapalić znicze.

– To tylko kilka godzin – pomyślał.

Dodatkowo o dziwo znalazł wolne miejsce przy wjeździe pod blok. Można powiedzieć, że „miał szczęście”, bo z miejscami parkingowymi raczej ciężko. Wcześnie rano spakował rzeczy i wyszedł z domu. Słyszałam jak przekręcał klucz w drzwiach. Po 5 minutach zadzwonił telefon.

– Coś zapomniał – pomyślałam – Pewnie zapałek…

– Ukradli nam samochód! – usłyszałam.

– Jasne! Dobry żart! – powiedziałam i zaczęłam się śmiać, jakby ktoś opowiadał coś śmiesznego.

– To nie żart! – powiedział stanowczym głosem

– Dzwonię na policję! Nie martw się. Pewnie trochę to potrwa.

Czy ja dobrze słyszałam? Skradziono nasze auto? Akurat dzisiaj? Nie mogłam uwierzyć, że dzieje się to naprawdę. Mieliśmy do odwiedzenia 6 cmentarzy. Mieliśmy do zabrania dużo ciężkich zniczy i kwiatów. Zostaliśmy bez transportu i fotelików dla dzieci. Co teraz? Po kilku minutach poinformowałam o fakcie kradzieży rodziców. Zawsze razem odwiedzamy cmentarze. Ze względu na konieczność złożenia zeznań na policji mąż niestety nie uczestniczył we Mszy Świętej zamówionej w intencji zmarłych z naszych rodzin. Z posterunku wrócił około godziny 14:00. Okazało się, że tej nocy na osiedlu skradziono 5 samochodów. W tym nasz – czyściuteńki i z pełnym bakiem!

– Co teraz? – zapytałam.

– Nie wiem. Dzisiaj sobie poradzimy. Zaraz przywiozą samochód zastępczy. Spakujemy rzeczy i pojedziemy na cmentarze.

– A co z dziećmi? Nie mamy fotelików! Muszą zostać w domu z tatą.

Super! Co za dzień… Podczas obiadu rozdzwoniły się telefony. Księża, którzy dowiedzieli się po Mszy Świętej co się stało zaproponowali nam swoje samochody. Znajomi zadzwonili z tą samą propozycją.

– Zabierzcie nasze auto. My odwiedziliśmy już groby. Stoi pod blokiem – usłyszałam.

– To bardzo miłe! Dziękujemy, ale nie chcemy ryzykować. Jeszcze coś się wydarzy i będziemy mieli podwójny problem. Za duże ryzyko! Dziękujemy…

W tej całej, beznadziejnej sytuacji, miło było wiedzieć, że są osoby, które bezinteresownie chciały nam pomóc.

Około godziny 15:00 podjechał pod blok samochód zastępczy. Pojechaliśmy na cmentarze. Wieczorem zabraliśmy dzieci i poszliśmy do domu. Minęła godzina 21:00. Wracaliśmy w ciszy zastanawiając się, jak znaleźć się w nowej sytuacji. Dzieci wiedziały, że już nigdy nie usiądą w swoich fotelikach. Wszystkim było smutno. Nawet nie wiedzieliśmy, że jesteśmy tak przywiązani do tego auta. Wiedzieliśmy, że samochód zastępczy rozwiązywał problem tylko na kilka dni.

– Zabierzcie mój samochód – zaproponowała siostra. Możecie nim jeździć do czasu, aż coś kupicie…

– Jest to jakiś pomysł – powiedział mąż

– Dzisiaj jeszcze zamieszczę na Facebooku informację o kradzieży.

Zdjęcia samochodu pojawiły się na Facebooku po godzinie 22:00. Wiedzieliśmy, że jest już późno i pomyśleliśmy, że po takim męczącym dniu niewiele osób tam zajrzy. Stojąc przy oknie patrzyłam na pięknie oświetloną wieżę kościoła na Klimzowcu. Co dalej Panie Boże? Podpowiedz, co dalej?

Wcześnie rano mąż jak zawsze wyszedł do pracy. Po godzinie 6:00 zaczęłam przygotowywać ubrania dla dzieci i śniadania. Jako, że jesteśmy na diecie bezglutenowej, konieczne jest odparowanie chleba (chleb jest suchy i nie nadaje się do jedzenia po wyjęciu z opakowania). Zabrałam się za robienie kanapek. O godzinie 7:05 zadzwonił telefon.

– Kto dzwoni o tej porze? – pomyślałam.

Może ktoś z pracy zachorował, albo chce o coś zapytać. Po odebraniu telefonu nie wierzyłam w to co słyszę. Okazało się, że mam zadzwonić do koleżanki, która właśnie stoi przy naszym samochodzie. Ponieważ nie miała do mnie telefonu, poprosiła o kontakt znajomą. Ręce zaczęły mi się tak trząść, że nie potrafiłam wybrać numeru.

– Stoję przy waszym samochodzie! Musisz tutaj przyjść! Wszystko się zgadza. Są naklejki dzieci, które widziałam na Facebooku, foteliki i zgadza się rejestracja. Nie jest nic poniszczone.

– Gdzie jesteś? – zapytałam – Gdzie on stoi?- Na Franciszkańskiej – tuż przy wejściu do kaplicy Świętego Antoniego. Naprzeciwko schodów. Zadzwoń na policję i przyjdź tu szybko – będę go pilnowała.

Szybko zadzwoniłam do męża. Po 20 minutach od telefonu wyszliśmy z domu. Najstarsza córka odprowadziła rodzeństwo do przedszkola i szkoły, a ja pobiegłam na Franciszkańską. Zdyszana dotarłam do wskazanego miejsca. Koleżanki już nie było. Czekała na mnie policja, którą wezwał mąż.

– Czy To pani samochód? – zapytał policjant.

– Tak mój!

– Jest pani pewna?

– Tak, jestem pewna – odpowiedziałam z uśmiechem.

– Proszę wejść do radiowozu i nie wychodzić, aż do czasu zakończenia czynności. Proszę niczego nie dotykać.

Podczas czynności, które trwały do godziny 10:30 przyglądałam się pracy policjantów i rozmawiałam ze Świętym Antonim. Stałam tuż pod jego kaplicą. Podczas zabezpieczania śladów jeden z policjantów podszedł do mnie i powiedział:

– Pani wie, że takie rzeczy się nie zdarzają. To jeden przypadek na milion – śmiał się.

– Tak wiem. To cud – odpowiedziałam.

– Poza tym, tego samochodu tu wczoraj nie było. Byłem tu wczoraj. Został przywieziony w nocy. Najprawdopodobniej miał być zabrany dzisiaj rano. Widocznie nie zdążyli. Nieprawdopodobne szczęście Pani miała!

– To nie szczęście! – powiedziałam – To opatrzność Wszystkich Świętych ze Świętym Antonim na czele 🙂 Wszyscy ANIOŁOWIE panowali nad sytuacją.

Patrząc wieczorem na wieżę kościoła nie wiedziałam, że patrzę na ulicę, gdzie zostanie podstawione nasze auto. Po oględzinach okazało się, że są powyrywane kable i bezpieczniki. Kierowca lawety podpiął kable do akumulatora i odwiózł auto na warsztat. Rozmawiając z koleżanką następnego dnia okazało się, że wszystko tego ranka w jej życiu wyglądało inaczej. Wyszła z domu o godzinie 7:00 rano mając do pracy na 10:00, ponieważ pięknie świeciło słońce i chciała się przejść. Poszła inną drogą niż zawsze, bo postanowiła wyrzucić worek ze śmieciami. Po przejściu samochodu „jakaś siła” pchała ją do tyłu (cofnęła się o 3 kroki) i spojrzała na charakterystyczne naklejki dzieci. Nigdy nie zwracała uwagi na samochody, bo jej nie interesują. Tego dnia była naszym ANIOŁEM! Tego dnia uratowała nasze podcięte skrzydła! Była narzędziem w ręku Boga! Gdy się spotykamy mówi, że nigdy więcej nie poszła tą drogą. Czy to możliwe? Tak! Bo Bóg wszystko może! A dlaczego mówię, że Pan Bóg ma poczucie humoru? Bo pozwolił samochód ukraść, potem kazał go znaleźć, a na końcu umożliwił nam za wypłacone pieniądze z ubezpieczenia zlikwidować rdzę u lakiernika. Dodatkowo jako miejsce znalezienia wybrał kaplicę Świętego Antoniego. Czy można w niego nie wierzyć? NIE! Bo on w trudnych chwilach naszego życia niesie nas na swoich rękach. Nigdy nie zostawia nas samych. Posyła ANIOŁY, które ratują nas z opresji. Trzeba tylko to dostrzec! Jest niesamowity i kocha nas ponad wszystko! Umarł za nas, by po trzech dniach Zmartwychwstać. Uwierz w niego, a rzeczy niemożliwe staną się faktem! Alleluja! Alleluja! Alleluja!

WRZESIEŃ 2016 ROKU – OJCIEC PIO I ANIOŁ STRÓŻ W GÓRNOŚLĄSKIM CENTRUM ZDROWIA DZIECKA

Trzymając w ręku skierowanie na oddział chirurgii w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach woleliśmy nie myśleć o tym, co miało nastąpić. Nie baliśmy się narkozy i samego zabiegu, ale cierpienia jakie czekało nasze dziecko w kolejnych dniach. Z relacji rodziców, które przeczytaliśmy w Internecie wynikało, że ból towarzyszył dzieciom od trzech do pięciu dni po zabiegu. Liczyliśmy się z tym. Wiedzieliśmy, że jest to normalne i tak po prostu musi być. Po tygodniu miało być coraz lepiej.

Przyjęcie dziecka na oddział było zaplanowane w niedzielę. Po Mszy Świętej o godzinie 10:30 pojechaliśmy na izbę przyjęć. Około godziny 13:00 byliśmy już na sali. Ze względu na zaplanowany w poniedziałek zabieg, syn od godziny 16:00 nie mógł jeść, a następnego dnia nawet pić. Liczyłam na to, że będzie operowany wcześniej, gdyż jego brzuszek nie lubi „być pusty” 🙂

W niedzielne popołudnie pięknie świeciło słońce. Z wenflonem w rączce poszliśmy na spacer. Wracając na oddział z placu zabaw poszliśmy do dobrze znanej nam Kaplicy Aniołów Stróżów. Ze względu na konieczność stosowania diety bezglutenowej i bezmlecznej nasze dzieci częściej niż ich rówieśnicy bywają na oddziale gastroenterologii. Nieraz mieliśmy okazję uczestniczyć w odprawianej w kaplicy Mszy Świętej i modlić się przed pięknym obrazem Jezusa Miłosiernego (z napisem Jezu ufam Tobie). Razem z innymi prosiliśmy o łaskę zdrowia dla naszych dzieci. W tym miejscu rodzice i dzieci czują się bezpiecznie, a modlitwy zostają szczególnie wysłuchane. Pewnie dlatego w Kaplicy Aniołów Stróżów półki na ścianach uginają się od ofiarowanych przez rodziców aniołków. Każdy ma swoją historię. Setki aniołków wykonanych z różnych materiałów i o różnej wielkości są dowodem ogromnej miłości Boga do człowieka. Większość ofiarowanych aniołków ma swoje imię i datę. Gablota z aniołkami znajduje się także na korytarzu przed kaplicą.

Po modlitwie w kaplicy wróciliśmy na oddział. Syn szybko znalazł towarzystwo. Bawił się z dziećmi i oglądał bajki na telewizorze, który znajdował się na sąsiednim korytarzu. Dzieci przemieszczały się po salach nie myśląc o tym, co czeka je następnego dnia. Zmartwieni rodzice wymieniali informacje na temat problemów zdrowotnych dzieci. Czas dłużył się niemiłosiernie. W pewnym momencie dostrzegłam w torbie książkę, którą pożyczyłam od najstarszej córki. Była to biografia Ojca Pio, którą dostała w prezencie. Jako, że cisza i spokój sprzyjały czytaniu w niedzielę przeczytałam połowę książki.

W poniedziałek wczesnym rankiem pielęgniarki zaczęły przygotowywać dzieci do wizyty lekarskiej i zabiegów. Dzieci nie mogły ani jeść, ani pić. Zniecierpliwieni rodzice czekali na informację, że kolej na ich dziecko. Później w napięciu oczekiwali powrotu dziecka z sali operacyjnej.

– Kiedy będę mógł jeść? – pytał co chwilę syn.

– Dopiero po zabiegu – odpowiadałam.

– A kiedy to będzie?

– Nie wiem. Musimy cierpliwie czekać…

Do godziny 12:00 czas minął szybko. Później odliczaliśmy każdą godzinę. Trzynasta…, czternasta…, piętnasta…, piętnasta dwadzieścia…

– Doczekałeś się kolego – powiedziała po wejściu do sali pielęgniarka

 – Kolej na Ciebie, byłeś bardzo dzielny mimo tego, że jesteś ostatni…

– Jestem głodny – powiedział syn.

– Wiem, że jesteś głodny. Wytrzymaj jeszcze troszeczkę!

Razem z pielęgniarką pojechaliśmy na blok operacyjny. Mogłam wejść tylko do wyznaczonego miejsca. Po podpisaniu zgody na zabieg dałam całusa i zrobiłam krzyżyk na czole. Niech Cię Pan Bóg ma w swojej opiece!

Po zabraniu syna na blok operacyjny zabrałam książkę o Ojcu Pio i poszłam do kaplicy Aniołów Stróżów. Po przeczytaniu wszystkich rozdziałów odmówiłam modlitwy, które były zamieszczone na końcu książki. Za wstawiennictwem Ojca Pio prosiłam o szczęśliwy przebieg operacji i ulgę w cierpieniu. W kaplicy spędziłam ponad godzinę. Nie czułam niepokoju, bo nie byłam tam sama… Po odmówieniu modlitw wróciłam na salę. Czekałam na informację, że mogę pójść z pielęgniarką odebrać dziecko.

Kiedy zeszłam na dół na oddziale operacyjnym panował spokój. Został do odebrania tylko mój syn. Zbliżała się godzina 17:00.

– Jak się czujesz? – zapytałam – Wszystko ok?

– Tak, ok – uśmiechnął się – Chce mi się pić…

Po powrocie na salę pozwoliłam synowi wypić kilka łyżeczek wody. Lekarz zabronił pić i jeść przez dwie godziny. Bał się reakcji organizmu na narkozę i możliwość wystąpienia wymiotów.

– Proszę bacznie obserwować dziecko i zgłaszać wszelkie problemy w dyżurce – powiedział – W przypadku silnego bólu dziecko dostanie środki przeciwbólowe – uśmiechnął się.

Po godzinie od zabiegu syn siedział na łóżku i jadł kanapkę.

– Jak się czujesz? – pytałam – Czy nie jest Ci niedobrze?

– Dobrze się czuję. Nie, nie jest mi niedobrze.

Z pewnym niepokojem przyglądałam się jak z apetytem zjada ulubiony chlebek bezglutenowy z szynką.

– Mam nadzieję, że nic Ci nie będzie! Nie powinieneś jeszcze jeść.

– Ale czuję się dobrze!

Mamo, czy mogę iść oglądać bajkę?

– Bajkę? Godzinę temu miałeś zabieg… Dopiero co wróciłeś z sali pooperacyjnej. Masz założonych 10 szwów. Nie powinieneś wychodzić z łóżka.

– Ale mnie nic nie boli! Mogę iść? Proszę…

– No, nie wiem… Dobrze, ale pójdziemy razem. Gdy poczujesz się gorzej wrócimy do łóżka.

Około godziny 19:00 syn bawił się z dziećmi na korytarzu jakby nigdy nic. Podczas wizyty wieczornej nie było go na sali. Wbiegł na salę i wskoczył na łóżko po wejściu lekarza i pielęgniarki. Zdezorientowana pani doktor rozejrzała się po pokoju szukając dziecka operowanego po południu.

– To ten chłopiec – powiedziała pielęgniarka.

– Ten? – wskazała palcem niedowierzając pani doktor.

– Tak.

– A czy on w ogóle był operowany? – zapytała zerkając do karty.

– Tak.

– O której godzinie?

– O 15:20 został zabrany.

– Wygląda tak, jakby mu nic nie robiono! – powiedziała i w skupieniu czytała informacje napisane w karcie – Czy coś Cię boli? – zapytała.

– Nie!

– A jak się czujesz?

– Dobrze – odpowiedział syn z uśmiechem.

– Widzę, że masz dobry humor 🙂 W razie czego proszę poprosić o środki przeciwbólowe. Być może nadal działa znieczulenie…

– Tak, oczywiście – odpowiedziałam.

Około godziny 22:00 poprosiłam pielęgniarkę doglądającą dzieci „profilaktycznie” o kroplówkę. Przed nami długa noc. Nie wiadomo jak zareaguje – myślałam. Może zacznie odczuwać ból… Zmęczeni ciężkim dniem położyliśmy się spać. Wczesnym rankiem obudziła nas pielęgniarka mierząca temperaturę. Podczas wizyty porannej lekarz nie wierzył, że dziecko jest w takim dobrym stanie.

– Wygląda na to, że jutro zostaniesz wypisany do domu – powiedział – Jesteś bardzo dzielny…

– Czy mogę iść się bawić z kolegami?

– Możesz – odpowiedział lekarz – Tylko uważaj na szwy…

Następnego dnia zgodnie z obietnicą wróciliśmy do domu. Środki przeciwbólowe, które kupiliśmy w aptece nie były potrzebne. Ojciec Pio zadbał o wszystko. Zaoszczędził synowi cierpienia. Wszystko skończyło się dobrze. Dziękowałam Bogu za łaskę zdrowia. Przeczytaną książkę ofiarowałam matce, która bardzo martwiła się o swojego sześcioletniego syna. U dziecka wykryto dużego guza. Chłopca czekało wiele badań.

– Proszę przeczytać tę książkę i przekazać ją dalej. Ojciec Pio naprawdę pomoże! Trzeba tylko w to wierzyć!

– Dałaś nieznajomej osobie moją książkę? – zapytała córka.

– Tak – bo to dziecko i jego mama potrzebują jej bardziej niż Ty – odpowiedziałam – Kupisz sobie nową.

– Masz rację – odpowiedziała – Niech Ojciec Pio działa i pomaga tym, którzy jego pomocy potrzebują!

MODLITWA O WSTAWIENNICTWO OJCA PIO

Święty Ojcze Pio, naznaczony świętymi znakami męki naszego Zbawiciela,
Ciebie wybrał Bóg, abyś w naszych czasach na nowo
ukazał potęgę i cuda Bożej miłości.
Bądź w niebie naszym patronem,
a gdy wzywamy Twojego potężnego wstawiennictwa
u tronu Bożego Miłosierdzia,
uproś nam przebaczenie grzechów,
łaskę zjednoczenia z Jezusem Chrystusem w Eucharystiii,
radość trwania w Kościele świętym.
Broń nas przed złym duchem,
kieruj nasze kroki na drogę pokoju
i naucz nas żyć w prawdzie i wolności dzieci Bożych.
Amen.

Zaproszenie naszej rodziny na obiad na probostwo było wielkim wydarzeniem i wyzwaniem dla pani kucharki :). Kiedy podczas luźnej rozmowy ksiądz proboszcz zaproponował napisanie artykułu o Aniołach byłam kompletnie zaskoczona. Po pierwsze, nie uważałam się za osobę, która sprosta temu zadaniu, a po drugie zastanawiałam się w jaki sposób opisać to, co nas spotkało. I tak zupełnie nieoczekiwanie powstało 9 części „Aniołów”.

Pisząc artykuły wracały wszystkie wspomnienia i emocje im towarzyszące. Wszystkie opisane w „Aniołach” sytuacje wydarzyły się naprawdę. Teraz, kiedy koncentrujemy naszą uwagę na dzieciach, pracy i codziennych obowiązkach często zapominamy o tym, co przeżyliśmy. Podczas pisania artykułów na nowo uświadomiłam sobie jak wiele zawdzięczam Panu Bogu. Sytuacje, które się wydarzyły nie są zwykłymi scenami z życia. Bez pomocy Pana Boga i Aniołów nie poradzilibyśmy sobie w wielu sytuacjach. Cudem w naszych oczach są zdrowe, pomimo wielu problemów dzieci, odnalezienie pod kaplicą Świętego Antoniego skradzionego samochodu, wyjście bez szwanku z poważnego wypadku i podskakujący na korytarzu oddziału chirurgii, ledwo przywieziony z sali pooperacyjnej syn.

Anioły postawione na mojej drodze przybierały i nadal przybierają różne postacie. Są nimi kochani rodzice, kochany mąż, siostra z przyszłym szwagrem, brat z bratową i dziećmi, rodzina bliższa i dalsza, koleżanki i koledzy z pracy, księża, którzy pracowali i pracują w naszej parafii, znajomi i często zupełnie obcy ludzie.

Naszą ogromną radością są trzy „przebojowe i energiczne” anioły w domu i czekające na nas trzy aniołki w niebie. Patrząc na to wszystko, co się wydarzyło z perspektywy czasu widzę jak niesprawiedliwie człowiek w trudnych momentach swojego życia ocenia Pana Boga. Ile pretensji, żalu i niezadowolenia nosi w sobie, nie wiedząc, że właśnie doświadcza jego łaski i opieki. Bardzo często nie rozumie, dlaczego Bóg go w ten sposób doświadcza, odwraca się od niego i obraża się na wiele lat. Tymczasem, jak pokazuje poniższe opowiadanie to wszystko z miłości do nas….

Boża wola

Pewien człowiek bardzo chciał poznać Bożą drogę i wiedzieć dlaczego świat wygląda tak jak wygląda. Kiedy położył się pod drzewem i prosił Boga o odpowiedź, stanął przy nim anioł i powiedział:

– Chodź ze mną, a pokażę ci drogi Pana.

Nie namyślając się długo poszedł za aniołem. Idąc spotkali na swojej drodze dwóch ludzi. Zły człowiek wręczył złoty kielich człowiekowi dobremu. Anioł zaczekał, aż obydwoje zasną, zabrał kielich dobremu i zaniósł do złego. Człowiek idący z aniołem spytał:

– Co robisz? przecież to złodziejstwo!

– Nie zadawaj pytań tylko chodź i patrz, a poznasz drogi Boże! – odpowiedział anioł.

Idąc dalej weszli do chaty pewnego biednego człowieka. Gdy ten wyszedł z domu, anioł podpalił jego dom. Zirytowany człowiek idący z aniołem oburzył się na niego i próbował zgasić ogień.

– Jak możesz podpalać dom tego biednego człowieka? Powinieneś pomagać ludziom, a nie ich dręczyć! – krzyczał człowiek.

– Powiedziałeś, że chcesz poznać zamysł Boga – nie wtrącaj się więc, tylko patrz i chodź dalej!

Idąc dalej dotarli do strumienia i zatrzymali się przed kładką. Gdy zbliżył się ojciec ze swoim synkiem i weszli na kładkę, anioł przewrócił kładkę tak, że ojciec z synkiem wpadli do wody. Prąd wody porwał dziecko i utopiło się. Ojciec wyszedł z wody i zrozpaczony wrócił do domu.

– O nie, tego już za wiele! – krzyczał człowiek – Widziałem jak okradłeś sprawiedliwego, podpaliłeś dom biednego człowieka i zabiłeś niewinne dziecko. Nie jesteś żadnym aniołem tylko demonem! – krzyczał człowiek zdzierając kaptur z głowy anioła.
– Jestem aniołem wysłanym na ziemię przez Boga, aby wypełnić Jego wolę na ziemi, a Tobie wyjaśnić jaka jest Jego droga – odpowiedział.

– Nieprawda! Bóg taki nie jest! Na pewno nie kazał Ci robić tego, co robisz – krzyczał dalej człowiek.

– Dobrze! Opowiem Ci, dlaczego zachowałem się właśnie tak w każdej sytuacji. Otóż w kielichu, który zabrałem sprawiedliwemu człowiekowi była trucizna. Gdybym zostawił ten kielich człowiek ten otrułby się. Człowiek podstępny, który chciał otruć sprawiedliwego poniesie karę za swoje czyny. Biedny człowiek, któremu podpaliłem dom, znajdzie w zgliszczach wielki skarb, który pozwoli mu żyć dostatnio do końca dni. Człowiek, którego spotkaliśmy nad strumieniem, był złym człowiekiem. Nie chce znać Boga i prowadzi życie bardzo rozwiązłe. Po stracie swego małego synka, który i tak znajdzie się w Niebie, nawróci się do Boga i zmieni swe życie. W ten sposób obaj będą w Niebie. Gdybym tego nie uczynił obaj zostaliby potępieni. Czy te wyjaśnienia pomogły Ci zrozumieć wolę Bożą?

Człowiek słuchając z zainteresowaniem opowieści anioła zrozumiał, że Bóg widzi wszystko inaczej i bardziej doskonale niż on sam. Zrozumiał też, że na wszystko ma najlepsze rozwiązanie, choć zewnętrznie wydaje się ono bardzo bolesne.

Autor nieznany

Panie Boże!

Naucz nas właściwie odczytywać Twoją wolę.
Strzeż nas i prowadź.
Spraw, abyśmy potrafili być narzędziem w Twoich rękach
i byli ANIOŁAMI dla innych.
Dodawaj nam sił i obdarzaj swoimi łaskami.
Amen.

KONIEC

Beata Matusek