Kleryk z WŚSD w naszej parafii

Od dwóch lat w Wyższym Śląskim Seminarium Duchownym w Katowicach rozpoczęta została nowa forma przygotowania kleryków do późniejszej pracy duszpasterskiej w parafiach. Polega ona na oddelegowaniu akolitów, będących na czwartym roku na okoliczne parafie, celem obserwowania przez nich specyfiki życia parafialnego.


Dzieje się to już nie z perspektywy kleryka na wakacjach w swojej rodzinnej parafii, ale życia na dotychczas obcym probostwie i udzielaniu się w grupach parafialnych. Dlatego właśnie pojawiłem się w Waszej wspólnocie parafialnej. Jak zapewne wiecie, mam na imię Artur i pochodzę z parafii w Radlinie-Biertułtowach. Mam starszą, już zamężną siostrę. Radlin jest niedużym (ma około 18 tys. mieszkańców), typowo górniczym miasteczkiem między Rybnikiem a Wodzisławiem Śląskim. Moja parafia ma dość sporą liczbę parafian, których mamy około 13 tysięcy, rozlokowana jest na terenie większej części miasta, a na jej terenie, z nielicznymi wyjątkami, budynki to niskie bloki (do czterech pięter), familoki i domy jednorodzinne, przez co tutaj mogę zyskać nowe doświadczenie mieszkania na osiedlu pełnym wieżowców. W ogóle ta parafia jest pierwszą (poza rodzinną oczywiście), na której przyszło mi posługiwać. Mój staż będzie trwał do ostatniej niedzieli maja tego roku. W czasie jego trwania będę przede wszystkim obserwował życie Waszej parafii, działanie różnych wspólnot, w miarę możliwości pomagając duszpasterzom, kontynuując jednak naukę na uczelni.

Formuje się w seminarium i studiuję na czwartym roku teologii na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego. Plan formacji kapłańskiej zakłada podjęcie nauki na uczelni, celem uzyskania koniecznego wykształcenia do pracy duszpasterskiej i katechetycznej. Mimo, że jak już napisałem, jestem na czwartym roku, czas formacji seminaryjnej mojego rocznika trwa już cztery i pół roku. Dzieje się tak ze względu na wprowadzony w 2014. roku tzw. okres propedeutyczny, nazywany rokiem zerowym – czyli specyficzny czas modlitewnego wyciszenia, zbudowania relacji z kolegami z roku i próby życia w realiach jakiegoś odosobnienia związanego choćby z odległością od domów kandydatów na kleryków. Odbywa się on w Brennej, gdzie poza standardowymi punktami dnia jak Msza Święta czy różne inne modlitwy, jest miejsce na różne wykłady – między innymi mające na celu wyrównanie poziomu katechezy, literaturoznawstwa, języków obcych, ale również podstawy innych zajęć – jak choćby biologii czy fizyki.

Od kiedy pamiętam, w Kościele od zawsze czułem się dobrze. Od czwartej klasy szkoły podstawowej byłem ministrantem, później zacząłem formację w Ruchu Światło – Życie. Lubiłem angażować się w różne zbiórki i inne aktywności. Czułem, że robię dobrze nie wstydząc się mojej wiary w środowisku szkolnym czy rodzinnym. Nigdy jednak później (nie licząc dziecięcych fascynacji, które skończyły się u mnie około 10. roku życia) nie myślałem o zostaniu księdzem. Plany te zostały zarzucone, a w mojej głowie pojawiły się różne inne cele wyznaczane na bliższą lub dalszą przyszłość. Już w ostatnich klasach szkoły podstawowej wiedziałem, że chciałem zajmować się pomocą drugiemu człowiekowi. W moich marzeniach widziałem siebie jako nauczyciela, od gimnazjum bardziej myśleć zacząłem o typowo medycznych zawodach jak lekarz, fizjoterapeuta itp. Więcej niż oczywistym dla mnie był więc wybór profilu biologiczno-chemicznego w liceum, który będzie mógł przygotować mnie do dobrego zdania matury, koniecznego do zakwalifikowania się na wymarzone studia. Lata leciały, ja jeździłem na różne rekolekcje, udzielałem się w różnych grupach, ale swoje powołanie rozeznawałem w kierunku bycia mężem i ojcem. Wiele zmieniło się w samej klasie maturalnej. Zaczęły pojawiać się – początkowo odrzucane – myśli o spróbowaniu formacji seminaryjnej. Były one coraz częstsze, przez co ostatecznie zdecydowałem się na podjęcie tego kroku.

Mocno zachęcił mnie do tego okres wstępny w Brennej, który w czasie dnia otwartego w seminarium przedstawiony został jako kolejny rok, na którym można zobaczyć „od kuchni” kwestię formacji kapłańskiej. Jest on przeznaczony na wstępne rozeznawanie, a w moim przypadku faktycznie przyczynił się do tego, że zdecydowałem się na złożenie dokumentów w miejscu, gdzie się formuję do dziś. Ogólnie warto zaznaczyć, że sam fakt pójścia do seminarium (na szczęście) nie czyni człowieka księdzem. Formacja trwa łącznie siedem lat, na przestrzeni których klerycy mają za zadanie upewnić się o tym, do czego są przez Boga powoływani. Aż do święceń diakonatu, które w naszym przypadku mają miejsce na piątym roku, można w wypadku takiego rozeznania drogi życiowej, zrezygnować z formacji lub w razie potrzeby – wziąć roczny urlop przeznaczony na rozeznanie powołania. Można by powiedzieć, że kleryk, który zrezygnował, wiele stracił – chociażby czas, który mógłby poświęcić na zdobywanie doświadczenia zawodowego czy wykształcenia, jednak uważam że każdy, kto sumiennie podszedł do kwestii swej formacji, szczerze rozmawiał z ojcem duchownym, uczył się nawiązywania relacji i dobrego kontaktu z samym sobą – na pewno nie stracił, a zyskał stałe umiejętności pomagające w dalszym – niezależnie czy rodzinnym czy jeszcze innym życiu.

Naturalnym w procesie formacji seminaryjnej są kolejne przejmowane odpowiedzialności i przyjmowane posługi. Każdy rok ma swoje obowiązki, które uczą bycia zorganizowanym. Obecnie, jak można zauważyć, mam strój duchowny (przyjmowany zwykle w połowie trzeciego roku w Katowicach), jestem też lektorem i akolitą, co umożliwia mi rozdawanie Ciała Pańskiego i pomoc przy prowadzeniu nabożeństw, o czym zapewne będziecie mogli się przekonać. Jak zaznaczyłem, to pierwsze moje miejsce dłuższego zatrzymania się na jakiejś parafii, dlatego cieszę się z otwartego i gościnnego przyjęcia mnie w Waszej wspólnocie. Mam nadzieję, że wspólnie spędzony czas umożliwi mi nauczenie się od Was wielu inspirujących rzeczy. Oby te trzy miesiące były dla nas wszystkich doświadczeniem faktycznie zbliżającym do Chrystusa w drugim człowieku!

Tekst: kleryk Artur Sówka