Moje świadectwo cz.IV

W efekcie wypadku doszło do złamania kostki bocznej podudzia lewego z przemieszczeniem, krwiaka powłok jamy brzusznej oraz zasinienia prawej ręki.
Po niezbędnych, licznych badaniach unieruchomiono kończynę szyną gipsową i zlecono kontrolę w poradni ortopedycznej po siedmiu dniach od unieruchomienia. Usłyszeliśmy jednak, że złamanie nie wygląda dobrze, i najprawdopodobniej konieczna będzie interwencja chirurga i zastosowanie leczenia operacyjnego, które polegać będzie na wykonaniu nacięć, ustawieniu odłamów kostnych i ich zespoleniu specjalnymi śrubami. Po zabiegu konieczne będzie usztywnienie kostki poprzez unieruchomienie w gipsie na okres kilku tygodni, potem odpowiednia rehabilitacja, która przyśpieszy proces gojenia się ran i pozwoli na szybszą rekonwalescencję oraz szybszy powrót do pełnej sprawności ruchowej.

To nie były dla nikogo z nas dobre wiadomości, a dla Ani i jej rodziny szczególnie, ponieważ oprócz fizycznego bólu, zmartwieniem były prognozowane na najbliższy czas zabiegi, strach związany z ich przebiegiem, rehabilitacją i rekonwalescencją oraz prawdopodobny przedłużony pobyt w szpitalu.

Długi proces leczenia i związana z nim długa nieobecność w pracy, ograniczenia związane z prowadzeniem domu i wiele innych – wszystko to sprawiało dyskomfort, rodziło strach i niepokój. Do tego właśnie zbliżały się wakacje, które rodzina od roku miała zaplanowane nad Bałtykiem. Perspektywa spędzania lata w mieście, braku odpoczynku, pewnej destabilizacji i strach przed tym, co przyniesie, w kwestiach leczenia Ani najbliższa przyszłość, wprowadzało w nasze życie atmosferę niepewności, przygnębienia i lęku.

Oczywiście nie zabrakło w tym trudnym dla nas czasie gorliwej modlitwy, aby łaskawy Bóg tak pokierował sprawami, aby czekająca Anię operacja nie była konieczna.

Niestety, ponownie zrobione zdjęcie rentgenowskie, w ocenie lekarza wskazywało, że zabieg operacyjny powinien się jednak odbyć. Nauczeni doświadczeniem, ze diagnozy lekarskie warto skonsultować z wieloma lekarzami, bo często bywają one diametralnie różne, córka udała się prywatnie do kolejnego lekarza chirurga- ortopedy, którego gabinet znalazła w Internecie. Wcześniej oczywiście była modlitwa i prośba do Boga o pomoc i dobre rozeznanie w tej sprawie.

Okazało się, że zamieszczony w Internecie grafik przyjęć pacjentów, zapełniony jest po brzegi na wiele następnych dni – wskazywał jednak jeden, jedyny wolny termin i to za niespełna pół godziny – właśnie w dniu, kiedy Ania szukała pomocy. Bogu dzięki! Zadzwonili z mężem i po ciepłej, życzliwej rozmowie z rejestratorką, pełni nadziei i radości udali się więc do gabinetu.

Pan doktor, po obejrzeniu nogi i zdjęcia rentgenowskiego jednoznacznie stwierdził, że operacja nie jest absolutnie potrzebna. Przemieszczenie kości, w jego ocenie, było minimalne i nie wymagające interwencji chirurgicznej. Taka operacja, nie tylko przysporzyłaby cierpienia, ale przedłużyła niepotrzebnie czas leczenia.
Lekarz po dokładnych oględzinach unieruchomił nogę w gipsie na 6 tygodni i zalecił iniekcję zastrzyków przeciwzakrzepowych w brzuch, bowiem długotrwałe unieruchomienie kończyny może prowadzić do zmian zakrzepowych w kończynach, a co za tym idzie zatorowość płucną i nawet śmierć.

Dziękowaliśmy Bogu, że tak pokierował sprawą i za Jego wielką łaskawość.
O ograniczeniach płynących z unieruchomienia chorej nogi, dyskomforcie chodzenia z kulami w okresie letnich upałów i związanych z tym trudnościach nikogo nie trzeba przekonywać. Nie było łatwo, ale przed Anią i przed nami była nadzieja. Teraz pozostawało tylko cierpliwe oczekiwanie na ponowny rentgen, zdjęcie gipsu i rehabilitację.

Ponieważ sytuacja ze zdrowiem Ani w miarę się ustabilizowała, a nasz wnuk miał wakacje, które spędzał niestety w domu, córka z zięciem zaproponowali nam 2 tygodniowy wyjazd z Konradem nad morze do Międzyzdrojów – tam bowiem wcześniej zaplanowali tegoroczne wczasy. Nie bardzo pasował nam ten pomysł, bo Ani potrzebna była pomoc, ale czego dziadkowie nie zrobią dla swojego wnuka.

Pojechaliśmy wiec w połowie lipca. Na miejsce zawiózł nas Adam – nasz zięć – swoim samochodem. Podróż zajęła nam całą piątkową noc, a że nad morze jest niestety daleko, żeby odpocząć po podróży, Adam przespał z nami sobotnią noc.

Kiedy teraz analizujemy sytuacje i okoliczności, które się potem wydarzyły dziękujemy Bogu, ze nie wydarzyły się w czasie, kiedy Ania pozostawała w domu sama – podczas nieobecności Adama. Piszę sama – bo nawet Ani teściowa, która zapewne w razie potrzeby mogłaby służyć jej pomocą właśnie w tym czasie przebywała w sanatorium.

Międzyzdroje przywitały nas piękną, słoneczną pogodą, więc należało się cieszyć i wypoczywać. Zamieszkaliśmy w kwaterze „U Pani Ireny”, gdzie spotkaliśmy się nie tylko z bardzo dobrymi warunki zakwaterowania, ale również z panującą w jej domu prawdziwie domową, rodzinną atmosferą. Pani Irenka okazała się być niezwykle otwartą, ciepłą i życzliwą osobą, pełną empatii i zrozumienia dla potrzeb wypoczywających i jak się później okazało również dobrym duchem pocieszycielem i powiernikiem dla mnie – w obliczu smutnych wydarzeń, które, jak się później okaże niestety na nas czekały. Za takich wyjątkowych ludzi na naszej drodze Bogu niech będą dzięki!

Początkowo nasz wypoczynek zapowiadał się doskonale, aż do momentu, kiedy Ania zaczęła wysyłać do nas niepokojące esemesowe komunikaty. Źle się czuła.
W dniu 17.07.2017 roku zaczęła odczuwać duszności. Pokonanie kilku kroków wywoływało ogromne zmęczenie. Brakowało powietrza. Zaczęły się zaburzenia rytmu serca. Poza tym odczuwała jakiś dyskomfort w jamie brzusznej.

Dla lepszego zobrazowania i zrozumienia później opisywanych zdarzeń wspomnę przy okazji, że Ania leczy się od wielu lat na chorobę tarczycy -Hashimoto. Choroba ta wywołuje w organizmie, mimo leczenia, wiele zdrowotnych komplikacji, m.in. ze strony układu krążenia, układu pokarmowego, zaburzeń ze strony mięśni i stawów, układu nerwowego i wiele innych.

Dotychczas najbardziej uciążliwe były dla niej te ze strony układu pokarmowego, a zwłaszcza ze strony jelit. Z tego powodu, od dłuższego czasu była na diecie bezglutenowej i ciągle nosiła się z zamiarem zrobienia w tym kierunku dokładnej diagnostyki. Świadomość zrobienia koniecznych, a nieprzyjemnych, często bolesnych badań wymagających przygotowania, a często też parodniowej hospitalizacji – gastroskopii, kolonoskopii, czy TK jamy brzusznej, sprawiała, że decyzję o ich zrobieniu wciąż odkładała w czasie.

Kiedy Ania opisała nam charakter swoich dolegliwości nikt z nas nie pomyślał o niczym groźnym, bo podobne objawy pojawiały się już wcześniej w jej życiu. Uspakajaliśmy ją, zganiając wszystko na stres i nerwy. Tym bardziej, że w dniu następnym miała pojechać, wezwana na komisję lekarską do ZUS, a takie wizyty zawsze rodzą pewien strach, obawy i niepewność.

Życie jednak pokazało, że to właśnie lekarzowi ZUS do którego trafiła, być może zawdzięcza swoje życie. Możemy tylko podziękować Bogu, że właśnie w ZUS-ie Ania trafiła na lekarza z prawdziwego zdarzenia, który poważnie potraktował informację o tym, że źle się czuje i po dokładnym zbadaniu jej zasugerował niezwłoczny kontakt z przychodnią lekarską, bo wynik badania był niepokojący.

W związku z tym, zaraz po wizycie w ZUS, razem z mężem udali się do lekarza rodzinnego, a ten po wykonaniu niezbędnych badań pilnie skierował ja do szpitala, wzywając karetkę.

I znowu Bogu zawdzięczamy fakt, że Ania ze swoimi dolegliwościami niezwłocznie trafiła do II oddziału Kardiologii Górnośląskiego Centrum Medycznego w Katowicach- Ochojcu, który szczęśliwie w tym właśnie dniu miał ostry dyżur. Na oddziale natychmiast przystąpiono do ratowania jej życia. Jak się później dowiedzieliśmy był to stan bezpośrednio zagrażający życiu i Ania trafiła na oddział w ostatniej chwili. Po wykonaniu niezbędnych, wstępnych badań na cito stwierdzono, że długotrwałe unieruchomienie złamanej kostki lewej bocznej doprowadziło do zmian zakrzepowych w kończynie, a co za tym idzie masywną zatorowość płucną. Była to zatorowość płucna wysokiego ryzyka.

W badaniach laboratoryjnych: podwyższone wartości stężeń markerów martwicy mięśnia sercowego, wysokie wartości D-dimerów i podwyższone wartości markerów stanu zapalnego. W przezklatkowym badaniu echokardiograficznym: paradoksalny ruch IVS; EF> 60% z ciężką niedomykalnością zastawki trójdzielnej – obraz przeciążenia prawej komory serca. W angio-TK płuc obraz masywnej zatorowości płucnej. Włączono leczenie trombolityczne ratujące życie i dożylny wlew heparyny oraz antybiotykoterapię.

Trudno jest opisać naszą reakcję oraz stan naszych emocji i uczuć, kiedy dotarły do nas te informacje. Nasza córka walczyła o życie, a my jej rodzice i jej ukochany syn byliśmy tak daleko. Miała przy sobie tylko męża, który nie odstępował jej na krok i ostatkiem swojej woli i wbrew swoim lękom i obolałym uczuciom starał się trzymać dzielnie i ciągle dodawał jej sił. To on był wtedy łącznikiem między nami i naszym cierpiącym dzieckiem. Wciąż z wielkim lękiem czekaliśmy na każdy jego telefon.

Trudno jest opisać co czuliśmy. To były dla nas traumatyczne chwile. Zawalił się nam świat na głowę. Jednak pierwszą naszą myślą było: Bóg i modlitwa. Tylko Bóg i modlitwa. Boże pomóż, bo nie udźwigniemy tego sami! Jezu, Ty się tym zajmij!

Każdy z nas modlił się po swojemu, każdy z nas przeżywał ten trudny czas w swoim sercu. We mnie strach o życie Ani był tak ogromny, że zaczęłam zachowywać się irracjonalnie, wpadłam w panikę i niemal w histerię. Byłam złamana, jęczało moje serce. Zupełnie nie umiałam skupić się na modlitwie, w sercu była emocjonalna burza, w głowie miałam mętlik, a mózg układał najstraszniejsze scenariusze.

Mimo braku skupienia moje życie to było nieustanne, błagalne, modlitewne czuwanie. W moich palcach na okrągło przesuwały się koraliki Różańca i Koronki do Jezusa Miłosiernego. Jak mantrę powtarzałam wezwania wielu litanii „Jezu Boże nasz, ucieczko nasza, dobroci nieskończona, zmiłuj się nad nami”…; „Serce Jezusa dobroci i miłości pełne, zmiłuj się nad nami”…; „Krwi Chrystusa, zdroju miłosierdzia, wybaw nas”…; „Miłosierdzie Boże w zdroju chorych i cierpiących, ufamy Tobie”…; „Duchu Święty, dawco wiary, nadziei i miłości, zmiłuj się nad nami”…; „Święta Maryjo, uzdrowienie chorych, pocieszycielko strapionych, módl się za nami”…; „Święty Józefie – podporo rodzin, pociecho nieszczęśliwych, nadziejo chorych, módl się za nami”…; „Jezu, który przyszedłeś dla uzdrowienia chorych, pocieszenia strapionych i otarcia łez naszych, zmiłuj się nad nami”…; „Święty Janie Pawle II – dobry Samarytaninie dla cierpiących, wytrwały w cierpieniu, umacniający słabych, módl się za nami”…;” Św. Judo Tadeuszu patronie spraw trudnych i beznadziejnych, módl się za nami”…; „Wszyscy Święci i Święte Boże, módlcie się za nami…

Kiedy wychodziliśmy na zewnątrz, żeby wśród ludzi przynajmniej na chwilę odgonić straszne myśli, zupełnie nie pasowaliśmy do tych rozhałasowanych, rozbawionych tłumów ludzi, głośnej muzyki i tańców na placach. To było takie beznadziejne, bezsensowne snucie się po ulicach z ogromnym huraganem uczuć i myśli. Bywały momenty, że ja w oczach miałam ciemność i nie widziałam niczego – byłam tylko ja i moje myśli. Świat zewnętrzny nie istniał. Innym razem widziałam wszystko i wszystko mi przeszkadzało, chciałam od tego jak najszybciej uciec, odizolować się, odpocząć. Nie umiałam zrozumieć z czego tak cieszą się ci wszyscy ludzie?
Nagle Bóg zainterweniował. Przyszło olśnienie. Nie można być w modlitwie i w tym utrapieniu w pojedynkę, trzeba modlitewnego wsparcia innych. Przecież wielką moc ma modlitwa wstawiennicza. Mamy przecież wszyscy swoich bliskich i znajomych. Trzęsącymi rękami zaczęłam wysyłać do wielu osób błagalne esemesy. To samo zrobił nasz zięć. Wszyscy oni ze współczuciem i wielką troską niezwłocznie odpowiedzieli.
Łańcuszek modlących się osób stale się powiększał dając wiarę w moc modlitwy i nadzieję, że Bóg usłyszy takie gromadne wołanie. Również zatroskana o zdrowie Ani Pani Irenka nie tylko podtrzymywała mnie na duchu, ale szczerym sercem dołączyła do grona osób modlących się. Pani Irenka – mój dobry duch nie karmiła mnie zwykłymi sloganami „ proszę się nie martwić, wszystko będzie dobrze”, ale doskonale rozumiała powagę sytuacji i widać było, że cierpi razem ze mną, że dzieli ze mną moje cierpienie. Była dla mnie ogromnym wsparciem.
Tworzyliśmy razem całą rozmodloną armię. I Pan Bóg usłyszał nasz głos! Zgodnie z daną człowiekowi obietnicą Był z nami!

W którymś momencie zadzwoniła Ania. Jakże czekaliśmy na ten telefon. Jakże niezwykłe było usłyszeć jej głos. Było wzruszenie i były łzy – łzy radości. Krew rozrzedzona – powiedziała, więc cieknie nawet wenflon. Lekarz powiedział, że masywny zator płucny rozpuszczony. Podobno będę cała w siniakach. Jestem wyczerpana i zmęczona. Boli mnie brzuch. Jeszcze nic nie jadłam. Najważniejsze, żeby pomogło. Bogu niech będą dzięki!

Tak, Bogu niech będą dzięki! Dziękowaliśmy Bogu w modlitwie, że uratował życie Ani, że był z nami i czuwał.
Niestety nasza radość nie trwała długo. Następnego dnia czekały na nas kolejne, złe wiadomości. Anię bolał brzuch, a podawane jej leki nie przynosiły żadnej ulgi. W kontrolnych badaniach morfologii krwi pojawił się istotny spadek hemoglobiny. To nie jest dobry znak mówili lekarze. Prawdopodobnie, w związku z rozrzedzaniem krwi, w układzie pokarmowym pojawiło się jakieś krwawienie. Stąd spadek hemoglobiny. Przygotowali więc Anię na serię kolejnych badań w dniu następnym, w trybie nagłym – poszukujących przyczynę i źródło krwawienia.
Okazało się, że będą to badania przed którymi tak uparcie i wielokrotnie dotychczas się broniła – gastroskopia – diagnozująca stan górnego odcinka układu pokarmowego i TK jamy brzusznej z kontrastem, umożliwiające zbadanie wnętrza jamy brzusznej i wykrycie ewentualnych patologii, m.in. w obrębie jelit.
Były to badania, które zawsze, będąc jeszcze w domu, bała się zrobić. Kiedy teraz, na spokojnie analizujemy tę sytuację dostrzegamy w niej również Boże działanie. Czy to może być zbieg okoliczności? A może to Bóg zdecydował się pomóc w tej trudnej decyzji układając taki właśnie scenariusz w tej sprawie? Sytuacja zmusiła ją do zrobienia tych badań, a przy okazji wyjaśniła i uspokoiła, że dotychczasowe dolegliwości trawienne nie są konsekwencją jakichś układowych patologii.
Podczas gastroskopii nie wykryto niepokojących zmian i wykluczono krwawienie.
Tomograf komputerowy w obrębie narządów jamy brzusznej i miednicy nie wykazał niepokojących zmian, ale uwidocznił niestety płyn o gęstości tkankowej mogącej odpowiadać wynaczynionej krwi. To była dla nas straszna wiadomość. Wszyscy wiemy, z czym wiążą się krwawienia do jamy otrzewnej. Nasza córka jeszcze nie całkiem podźwignęła się z jednej śmiertelnej choroby, a tu zjawia się kolejna – bardzo niebezpieczna. Byliśmy zdruzgotani tą wiadomością. Pojawiło się pytanie Co dalej?
Wiadomości od lekarzy nie były dobre. Konieczna jest operacja, a dokładnie laparotomia, czyli operacyjne otwarcie jamy brzusznej, polegające na przecięciu skóry, mięśni i otrzewnej umożliwiające eksplorację wnętrza jamy brzusznej. Zwykle jest stosowane jako pierwszy etap operacji chirurgicznej, ale może być stosowana również w celach diagnostycznych i nosi wówczas nazwę laparotomii zwiadowczej.
Ponieważ krew w jamie otrzewnej widoczna była w wielu jej miejscach konieczne było sprawdzenie przyczyny i źródła krwawienia. Hemoglobina wciąż spadała. Kiedy spadła do poziomu zagrażającego życiu, po konsultacji z chirurgiem, lekarze podjęli decyzję o operacji. Konieczne było szybkie podjęcie decyzji.
Poinformowali więc Anię jaki przebieg będzie miała operacja i o mogących w trakcie jej trwania, i po niej, wystąpić komplikacjach i możliwych powikłaniach. Przedstawiono jej dwa warianty możliwości. Uświadomiono jej, ze operacja jest konieczna, ale przy jej obecnych parametrach życiowych i osłabionym sercu może takiej operacji nie przeżyć, ponadto leżenie 48 godzin w śpiączce farmakologicznej również będzie obciążające dla serca.
Z drugiej jednak strony, jeżeli nie wyrazi zgody na operację i pozostaną przy leczeniu zachowawczym, dalej rozrzedzając krew, w razie pogorszenia parametrów życiowych i innych mogących wystąpić komplikacjach mogą, po prostu, nie zdążyć jej otworzyć. Oba warianty źle rokowały i niestety to Ania w obu tych beznadziejnych przypadkach musiała podjąć decyzję – tak, czy nie! Miała na to 15min.
Czwartkowej daty 20.07. 2017 r. nie zapomnę do końca życia. Myślę, że tej daty nikt z moich bliskich nigdy nie zapomni. W tym dniu, w ciągu zaledwie paru godzin zadziało się tak wiele i spadło na nas tyle złych wiadomości, że zawalił się nasz świat. Zadzwonił Adam, który z płaczem przekazał nam tę straszną i dramatyczną wiadomość. Kiedy usłyszałam ten jego zrozpaczony głos, załamałam się!
Kiedy w słuchawce usłyszałam Ani szloch i dramatyczne wołanie o pomoc na moment zamarłam. Ania szukała pomocy w podjęciu tej trudnej decyzji. Nigdy nie zapomnę tego dramatycznego wołania „ Mamusiu, powiedz mi, że to wszystko, co się tu teraz dzieje, to nie jest prawda, że to jest jakiś sen, że to tylko jakiś film, powiedz, że to wszystko nie dzieje się naprawdę. Powiedz, że to wszystko jest nieprawda. Mam 15 minut na podjęcie decyzji. Mamusiu, a jak ja umrę? Co będzie z Konradem?
W pierwszym momencie nie mogłam wydobyć z siebie ani słowa. Pękłam, jak bańka mydlana. Próbowałam skonsultować się z mężem, ale dostrzegłam tylko człowieka bezsilnego, z ogromem bólu na twarzy, którego przerosła cała ta sytuacja. Musiałam więc radzić sobie sama.
Z poczuciem opuszczenia i bezsilności zapytałam wtedy Boga „Po co Ty mi to robisz Panie?”; „Co Ty chcesz mi powiedzieć?”; „ Czy to jest jakaś kara dla mnie?”; W myślach modliłam się jednak gorąco – „Nie opuszczaj mnie i ratuj, „Potrzebuję Cię”; „W Tobie cała moja nadzieja”.
Stanęłam w okolicznościach podjęcia tak niesamowicie trudnej decyzji – wyboru między jednym, a drugim złem, wyboru między dwoma wariantami, z których żaden nie rokował dobrze. Miałam świadomość, że kiedy źle jej poradzę, w przypadku niepowodzenia, będę miała moje dziecko na sumieniu do końca życia.
Najpierw jednak zapytałam ją jakie rozwiązanie podpowiada jej serce. Operację – odpowiedziała. Mnie też mimo strachu coś podpowiadało, że operacja jest konieczna. Miałam w sobie wiarę i nadzieję, że Bóg nas nie zostawi i pozwoli Ani przeżyć. Doradziłam jej poddanie się operacji, ale moje serce krwawiło.
Decyzja zapadła. Będzie operacja. Oddaliśmy los naszego dziecka w ręce Boga i tylko w nim pokładaliśmy nadzieję. Gorliwie się modliliśmy.
Adam poprosił, żeby nic nie mówić Konradowi, bo dla niego sam pobyt Ani w szpitalu był dramatyczny. Staraliśmy się w jak najłagodniejszy sposób przekazywać mu napływające wiadomości. On jednak był bacznym obserwatorem i dostrzegał każdy niepokojący sygnał na naszych twarzach. Domyślał się, że nie mówimy mu wszystkiego, dlatego na własna rękę próbował zdobywać informację – dzwoniąc lub esemesując do Ani. Kiedy jednak zadzwonił do niej w tym newralgicznym momencie, kiedy miała podjąć decyzję, i kiedy usłyszał w słuchawce tylko jej głośny szloch wpadł w panikę, zaczął tak mocno szlochać, że przez długi czas nie mogliśmy go z mężem uspokoić.
Uspakajać i pocieszać dziecko w sytuacji, kiedy samemu potrzebuje się pocieszenia nie jest łatwo. Wykrzesaliśmy jednak z siebie resztki sił, bo widać było na jego twarzy wielkie cierpienie. Było nam go tak bardzo żal…Wiemy jak bardzo Ania jest ważna w jego życiu, jak bardzo jest z nią emocjonalnie związany, jak bardzo w tej chwili chciałby się do niej przytulić, ucałować, pocieszyć ją. Jak sam potrzebuje matczynego przytulenia.
Wiedzieliśmy, że trzeba mu wyjaśnić skąd ten płacz i co się w ogóle dzieje. Musiał znać prawdę. A co, jeśli sprawy źle się potoczą?
Przekazaliśmy mu informację o operacji w jak najbardziej delikatny i zrozumiały dla niego sposób – bez dramatyzowania.
W międzyczasie zadzwoniła do niego Ania. Miała opanowany głos, wszystko spokojnie mu wyjaśniła. Zrobiła to wyjątkowo skutecznie, bo po tej rozmowie Konradek był wyraźnie uspokojony. Potem porozmawiała z nami. Była spokojna i wyciszona. Powiedziała, że właśnie był u niej ksiądz, który ją wyspowiadał i udzielił jej Sakramentu Chorych. Przyjęła Komunię Świętą. Dzięki temu czuje się teraz spokojna, wyciszona i pełna nadziei. Aniu, po otrzymaniu tego sakramentu ludzie często odzyskują zdrowie – powiedziałam. Daj Boże! – odpowiedziała.
W szpitalnej kaplicy nie ma normalnie stałego dyżuru kapelana szpitalnego, ale w tym jednak czasie, przypadkiem się tam znajdował i wezwany przyszedł natychmiast.
Jak niesamowicie, w cudowny sposób Bóg działa w naszym życiu. Przynosi nie tylko ulgę w cierpieniu, ale na potrzebę chwili podsyła inne potrzebne rozwiązania.
Po rozmowie z Anią uklęknęliśmy razem do modlitwy, żeby pomodlić się o jej zdrowie i szczęśliwy przebieg operacji. To wprost niewiarygodne ileż wiary w Bożą pomoc widziałam w Konradka oczach, słyszałam w głosie i czytałam z jego twarzy. Niesamowicie mnie to wzruszyło.
Bóg był z nami w naszym utrapieniu, bo po modlitwie czuliśmy się mocniejsi i pełni nadziei. Konrad zaproponował, że musimy iść do kościoła, a najlepiej na mszę, żeby się modlić w intencji mamy. Umówiliśmy się, że pójdą sami z dziadkiem, a ja dojdę do nich kiedy porozsyłam do znajomych esemesy z prośbą o modlitwę.
Mszy niestety już w tym dniu nie było, ale po tej modlitwie w kościele Konrad wrócił odmieniony. Był w nim jakiś wewnętrzny pokój i radość i była nadzieja. Od tego momentu, to on podtrzymywał nas na duchu. Wysłał do Ani esemesy, że kocha, że wszyscy się modlimy, że Moc Boża jest tak silna, że nie może być źle, że Pan Jezus może wszystko.
Jakiż cudowny i wspaniałomyślny jest Bóg, że obdarzył nas takim dojrzałym, jak na swój wiek, wnukiem. Jakżeż nie dziękować Bogu za jego opiekę i tę cudowną interwencję.
Bóg od zawsze był w moim sercu i codziennie powierzam Mu wszystkie swoje i nasze sprawy. Wiem, że bez Niego nic nie jest możliwe, że jest mi potrzebny jak tlen do życia. Czułam Jego obecność i wtedy w tych najtrudniejszych dla nas sytuacjach.
Wszyscy w tym trudnym czasie i oczekiwaniu na przebieg wypadków skupialiśmy się na modlitwie, z niecierpliwością czekaliśmy na jakiekolwiek komunikaty ze szpitala. Czekaliśmy też na przyjazd zięcia mojej siostry, który miał nas odwieźć do Katowic.
Tymczasem w szpitalu zaczęły dziać się niesamowite rzeczy. Lekarze naciskali, aby Ania podpisała zgodę na operację – bo takie są procedury, a czas naglił.
Widać było jednocześnie troskę, chęć i próbę szukania jeszcze innych rozwiązań, które pozwoliły by uniknąć tej niebezpiecznej operacji. Jeden z lekarzy zaproponował ponowne zbadanie na cito hemoglobiny. Być może jej wartości już nie spadają, a może utrzymują się na dotychczasowym poziomie? To byłby znak, że krwawienie ustało.
Ania uczepiła się tej myśli, bo serce podpowiadało jej, ze z Bożą pomocą, to jest możliwe. Nie podpisała więc zgody na operację. Lekarze dali jej jednak możliwość zmiany decyzji w każdej chwili.
Zaczęło się więc nerwowe czekanie na wyniki badania i jeszcze bardziej błagalne wołanie do Boga, żeby uczynił cud, żeby wyniki się poprawiły. Wołaliśmy my, wołali nasi bliscy i znajomi.
Nigdy nie zapomnę tego momentu, kiedy Ania telefonicznie przekazywała nam tę cudowną, radosną nowinę. Wartości hemoglobiny nie tylko nie spadły, ale nieznacznie się podniosły. Potem już tylko rosły.
Zrezygnowano z operacji, a na drugi dzień jedna z lekarek skomentowała „ Dobrze się stało, że nie podpisała pani tej zgody, bo ryzyko komplikacji podczas operacji było bardzo duże. W późniejszym badaniu USG jamy brzusznej obecności krwi nie stwierdzono.
Nie będę opisywać tego ogromu szczęścia i radości, która zapanowała w naszych sercach. Wszyscy wiedzieliśmy komu je zawdzięczamy. Szczerym sercem dziękowaliśmy Bogu za uratowanie życia Ani, za Jego prowadzenie i za wszystkie Jego Cudowne Interwencje.
Życie szpitalne powoli toczyło się dalej. Z dnia na dzień poprawiały się parametry życiowe i wyniki badań. Ksiądz kapelan odwiedzał Anię codziennie z Bożym Słowem i Komunią Świętą. Potrzebowała tych rozmów. Nawet lekarze zauważyli, że jej twarz promieniowała radością i z każdym dniem nabierała rumieńców. Dostała od Boga drugie życie.
Sytuacja się stabilizowała i wreszcie Adam – jej mąż mógł wrócić do pracy. Dotąd jego szef był niesamowicie wyrozumiały i cierpliwie czekał na jego powrót. W pracy nie było łatwo, bo większość pracowników była na urlopach, ale szef doskonale rozumiał sytuację. To kolejny dowód na to, że w ludziach jest wiele pokładów dobra, zrozumienia i życzliwości, kiedy innych dotyka cierpienie.
Adam przez cały ten czas nie odstępował Ani na krok. Nawet spał w łóżku obok. Był z nią na dobre i na złe, całym sobą, na każde jej zawołanie. Ania podpięta do aparatury monitorującej, z zagipsowaną nogą potrzebowała stałej opieki. Kiedy Adamowi wyskoczyła jakaś nadzwyczajna sytuacja i musiał na moment ją zostawić przy jej łóżku dyżurowały jej wierne koleżanki z PUP – zawsze chętne do pomocy. Prezentem dla nas wszystkich, szczególnie dla Ani, okazała się być pełna ciepła i życiowego optymizmu pani Danusia, którą właśnie wtedy, w jej oczekiwaniu na kardiologiczny zabieg, położono na łóżku obok. Od tego momentu Ania miała stałą, życzliwą opiekę tej pani. Jak się okazało fachową opiekę, bo pani Danusia okazała się być sanitariuszką szpitala Ojców Bonifratrów – takie połączenie dobra i fachowości. To był dla nas taki kolejny znak Bożej Opatrzności – prosto z niebios.
Ania opuściła szpital w dniu swoich imienin – 26.07., kiedy to w kościele katolickim wspominamy jej patronkę – Św. Annę. Tym bardziej był to dla nas znaczący, radosny i wyjątkowy dzień.

W dniu 03.08.17 roku podczas wizyty u lekarza ortopedy, po zrobieniu zdjęcia RTG gips został zdjęty. Lekarz zlecił rehabilitację. Noga do dnia dzisiejszego nie jest jeszcze zupełnie sprawna, ale jej stan wciąż się poprawia.

Ania jest aktualnie pod opieką lekarza rodzinnego, lekarza poradni ortopedycznej, naczyniowo- chirurgicznej i kardiologicznej.