Anioły w moim życiu – część VII

1 listopada 2015 roku – ANIOŁY i WSZYSCY ŚWIĘCI na posterunku! ALLELUJA!

Czytając o cudach jakie zdziałał Pan Jezus zastanawiam się jak zareagowałabym na rozmnożenie chleba, przemienienie wody w wino, uzdrawianie chorych, wskrzeszenie zmarłego czy Zmartwychwstanie. Opisane przez Ewangelistów sceny wydają się zupełnie nieprawdopodobne. To, co wydarzyło się 1 i 2 listopada 2015 roku jest równie nieprawdopodobne jak cuda opisane w Piśmie Świętym. To, co przeżyliśmy dowodzi, że Pan Bóg wszystko może i ma niezłe „poczucie humoru”. Wstawiennictwo Wszystkich Świętych i ANIOŁÓW w tym pamiętnym dniu było wręcz namacalne. Ale zacznijmy od początku…

– Rdza bierze klapę i drzwi samochodu – powiedział mąż po powrocie z pracy – Trzeba będzie jechać do lakiernika, bo za chwilę będzie fatalnie.
– Ile mniej więcej potrzeba? – zapytałam.
– Elementów jest kilka, myślę, że 2000 zł jak nic.
– Sporo…
– Trzeba będzie o tym pomyśleć i coś wykombinować. I to jak najszybciej, bo zbliża się zima! Wiesz, że bez auta ani rusz. Trzeba o niego dbać! Dojazd autobusem do pracy potrwa 2 godziny.
– Tak wiem…

Dzień Wszystkich Świętych w 2015 roku wypadł w niedzielę. W tygodniu poprzedzającym święto jak zawsze kupiliśmy znicze i kwiaty. Ze względu na to, że mąż pracował w sobotę do 1:00 w nocy rzeczy zostały w domu. Wracając do domu (około 1:30 w nocy) mąż pojechał na myjnię i stację benzynową. Ze względu na zmęczenie i chęć odwiedzenia grobu rodziców o 8:00 rano, pomyślał, że nie pojedzie na parking tylko zaparkuje samochód pod blokiem. Chciał pierwszy pomodlić się nad grobem i zapalić znicze.

– To tylko kilka godzin – pomyślał.

Dodatkowo o dziwo znalazł wolne miejsce przy wjeździe pod blok. Można powiedzieć, że „miał szczęście”, bo z miejscami parkingowymi raczej ciężko. Wcześnie rano spakował rzeczy i wyszedł z domu. Słyszałam jak przekręcał klucz w drzwiach. Po 5 minutach zadzwonił telefon.

– Coś zapomniał – pomyślałam – Pewnie zapałek…
– Ukradli nam samochód! – usłyszałam.
– Jasne! Dobry żart! – powiedziałam i zaczęłam się śmiać, jakby ktoś opowiadał coś śmiesznego.
– To nie żart! – powiedział stanowczym głosem – Dzwonię na policję! Nie martw się. Pewnie trochę to potrwa.

Czy ja dobrze słyszałam? Skradziono nasze auto? Akurat dzisiaj? Nie mogłam uwierzyć, że dzieje się to naprawdę. Mieliśmy do odwiedzenia 6 cmentarzy. Mieliśmy do zabrania dużo ciężkich zniczy i kwiatów. Zostaliśmy bez transportu i fotelików dla dzieci. Co teraz? Po kilku minutach poinformowałam o fakcie kradzieży rodziców. Zawsze razem odwiedzamy cmentarze. Ze względu na konieczność złożenia zeznań na policji mąż niestety nie uczestniczył we Mszy Świętej zamówionej w intencji zmarłych z naszych rodzin. Z posterunku wrócił około godziny 14:00. Okazało się, że tej nocy na osiedlu skradziono 5 samochodów. W tym nasz – czyściuteńki i z pełnym bakiem!

– Co teraz? – zapytałam.
– Nie wiem. Dzisiaj sobie poradzimy. Zaraz przywiozą samochód zastępczy. Spakujemy rzeczy i pojedziemy na cmentarze. – A co z dziećmi? Nie mamy fotelików! Muszą zostać w domu z tatą.

Super! Co za dzień… Podczas obiadu rozdzwoniły się telefony. Księża, którzy dowiedzieli się po Mszy Świętej co się stało zaproponowali nam swoje samochody. Znajomi zadzwonili z tą samą propozycją.

– Zabierzcie nasze auto. My odwiedziliśmy już groby. Stoi pod blokiem – usłyszałam.
– To bardzo miłe! Dziękujemy, ale nie chcemy ryzykować. Jeszcze coś się wydarzy i będziemy mieli podwójny problem. Za duże ryzyko! Dziękujemy…

W tej całej, beznadziejnej sytuacji, miło było wiedzieć, że są osoby, które bezinteresownie chciały nam pomóc.

Około godziny 15:00 podjechał pod blok samochód zastępczy. Pojechaliśmy na cmentarze. Wieczorem zabraliśmy dzieci i poszliśmy do domu. Minęła godzina 21:00. Wracaliśmy w ciszy zastanawiając się, jak znaleźć się w nowej sytuacji. Dzieci wiedziały, że już nigdy nie usiądą w swoich fotelikach. Wszystkim było smutno. Nawet nie wiedzieliśmy, że jesteśmy tak przywiązani do tego auta. Wiedzieliśmy, że samochód zastępczy rozwiązywał problem tylko na kilka dni.

– Zabierzcie mój samochód – zaproponowała siostra. Możecie nim jeździć do czasu, aż coś kupicie…
– Jest to jakiś pomysł – powiedział mąż – Dzisiaj jeszcze zamieszczę na Facebooku informację o kradzieży.

Zdjęcia samochodu pojawiły się na Facebooku po godzinie 22:00. Wiedzieliśmy, że jest już późno i pomyśleliśmy, że po takim męczącym dniu niewiele osób tam zajrzy. Stojąc przy oknie patrzyłam na pięknie oświetloną wieżę kościoła na Klimzowcu. Co dalej Panie Boże? Podpowiedz, co dalej?

Wcześnie rano mąż jak zawsze wyszedł do pracy. Po godzinie 6:00 zaczęłam przygotowywać ubrania dla dzieci i śniadania. Jako, że jesteśmy na diecie bezglutenowej, konieczne jest odparowanie chleba (chleb jest suchy i nie nadaje się do jedzenia po wyjęciu z opakowania). Zabrałam się za robienie kanapek. O godzinie 7:05 zadzwonił telefon.

– Kto dzwoni o tej porze? – pomyślałam.

Może ktoś z pracy zachorował, albo chce o coś zapytać. Po odebraniu telefonu nie wierzyłam w to co słyszę. Okazało się, że mam zadzwonić do koleżanki, która właśnie stoi przy naszym samochodzie. Ponieważ nie miała do mnie telefonu, poprosiła o kontakt znajomą. Ręce zaczęły mi się tak trząść, że nie potrafiłam wybrać numeru.

– Stoję przy waszym samochodzie! Musisz tutaj przyjść! Wszystko się zgadza. Są naklejki dzieci, które widziałam na Facebooku, foteliki i zgadza się rejestracja. Nie jest nic poniszczone.
– Gdzie jesteś? – zapytałam – Gdzie on stoi?
– Na Franciszkańskiej – tuż przy wejściu do kaplicy Świętego Antoniego. Naprzeciwko schodów. Zadzwoń na policję i przyjdź tu szybko – będę go pilnowała.

Szybko zadzwoniłam do męża. Po 20 minutach od telefonu wyszliśmy z domu. Najstarsza córka odprowadziła rodzeństwo do przedszkola i szkoły, a ja pobiegłam na Franciszkańską. Zdyszana dotarłam do wskazanego miejsca. Koleżanki już nie było. Czekała na mnie policja, którą wezwał mąż.

– Czy To pani samochód? – zapytał policjant.
– Tak mój!
– Jest pani pewna?
– Tak, jestem pewna – odpowiedziałam z uśmiechem.
– Proszę wejść do radiowozu i nie wychodzić, aż do czasu zakończenia czynności. Proszę niczego nie dotykać.

Podczas czynności, które trwały do godziny 10:30 przyglądałam się pracy policjantów i rozmawiałam ze Świętym Antonim. Stałam tuż pod jego kaplicą. Podczas zabezpieczania śladów jeden z policjantów podszedł do mnie i powiedział:

– Pani wie, że takie rzeczy się nie zdarzają. To jeden przypadek na milion – śmiał się.
– Tak wiem. To cud – odpowiedziałam.
– Poza tym, tego samochodu tu wczoraj nie było. Byłem tu wczoraj. Został przywieziony w nocy. Najprawdopodobniej miał być zabrany dzisiaj rano. Widocznie nie zdążyli. Nieprawdopodobne szczęście Pani miała!
– To nie szczęście! – powiedziałam – To opatrzność Wszystkich Świętych ze Świętym Antonim na czele 🙂 Wszyscy ANIOŁOWIE panowali nad sytuacją.

Patrząc wieczorem na wieżę kościoła nie wiedziałam, że patrzę na ulicę, gdzie zostanie podstawione nasze auto. Po oględzinach okazało się, że są powyrywane kable i bezpieczniki. Kierowca lawety podpiął kable do akumulatora i odwiózł auto na warsztat. Rozmawiając z koleżanką następnego dnia okazało się, że wszystko tego ranka w jej życiu wyglądało inaczej. Wyszła z domu o godzinie 7:00 rano mając do pracy na 10:00, ponieważ pięknie świeciło słońce i chciała się przejść. Poszła inną drogą niż zawsze, bo postanowiła wyrzucić worek ze śmieciami. Po przejściu samochodu „jakaś siła” pchała ją do tyłu (cofnęła się o 3 kroki) i spojrzała na charakterystyczne naklejki dzieci. Nigdy nie zwracała uwagi na samochody, bo jej nie interesują. Tego dnia była naszym ANIOŁEM! Tego dnia uratowała nasze podcięte skrzydła! Była narzędziem w ręku Boga! Gdy się spotykamy mówi, że nigdy więcej nie poszła tą drogą. Czy to możliwe? Tak! Bo Bóg wszystko może! A dlaczego mówię, że Pan Bóg ma poczucie humoru? Bo pozwolił samochód ukraść, potem kazał go znaleźć, a na końcu umożliwił nam za wypłacone pieniądze z ubezpieczenia zlikwidować rdzę u lakiernika. Dodatkowo jako miejsce znalezienia wybrał kaplicę Świętego Antoniego. Czy można w niego nie wierzyć? NIE! Bo on w trudnych chwilach naszego życia niesie nas na swoich rękach. Nigdy nie zostawia nas samych. Posyła ANIOŁY, które ratują nas z opresji. Trzeba tylko to dostrzec! Jest niesamowity i kocha nas ponad wszystko! Umarł za nas, by po trzech dniach Zmartwychwstać. Uwierz w niego, a rzeczy niemożliwe staną się faktem! Alleluja! Alleluja! Alleluja!

c.d.n.


Beata Matusek