Anioły w moim życiu – część VI

Wrzesień 2010 roku – A jednak będzie nas piątka!

Po narodzinach syna w 2009 roku tworzyliśmy szczęśliwą czteroosobową rodzinę. Po 7 latach trudnych doświadczeń z dumą mówiliśmy, że mamy „parkę”. Cieszyliśmy się szczęśliwym zakończeniem naszych problemów i koncentrowaliśmy uwagę na dzieciach.

Poznając tajniki diety bezglutenowej (syn jest na diecie bezglutenowej i bezmlecznej od urodzenia, a córka od 5 lat) mijał dzień za dniem, miesiąc za miesiącem. Coś jednak stale nie dawało mi spokoju. Pomimo szczęśliwego zakończenia czułam, że nie jesteśmy w komplecie. Temat kolejnej ciąży praktycznie nie wchodził w grę. Po porodzie okazało się, że do nietolerancji glutenu doszła nietolerancja produktów mlecznych. Oznaczało to konieczność wyeliminowania z diety mleka, śmietany, serków, jogurtów, żółtego sera, twarogu i wszystkich produktów zawierających mleko w proszku. Uważne studiowanie etykietek pozwalało uniknąć problemów zdrowotnych (spożycie niedozwolonego produktu powodowało spadek odporności i choroby).

Ze względu na duże ograniczenia żywieniowe konieczne było kontrolowanie stanu zdrowia poprzez badania laboratoryjne i uzupełnianie niedoborów suplementami diety. Ogólnie trzeba było trzymać rękę na pulsie. Niestety w przypadku nietolerancji glutenu szanse na wyjście z alergii są niewielkie. Dieta zazwyczaj obowiązuje do końca życia. Spożywanie produktów zbożowych powoli wyniszcza organizm od środka. Czasami gluten działa bardzo podstępnie i atakuje bez objawów. Z medycznego punktu widzenia szósta ciąża byłaby szaleństwem. Wszyscy byli zgodni, że to niebezpieczne. Nie możemy więcej ryzykować! Koniec! myślałam. No dobrze, ale… Przecież zawsze mówiłam, że będę miała trójkę dzieci, tak jak moja mama… Myśl ta wracała jak bumerang!

Wielkie było nasze zdziwienie, gdy we wrześniu 2010 roku na teście ciążowym pojawiły się dwie wyraźne kreski. Z medycznego punktu widzenia szanse na poczęcie dziecka były naprawdę niewielkie. Przyznaję, że przeszła mi przez głowę możliwość zajścia w ciążę, ale było to mało prawdopodobne. To niemożliwe!

Analizując sytuację śmiałam się do siebie, bo wiedziałam, że Pan Bóg sam zdecydował. Właściwie, można powiedzieć, że zmusił mnie do urodzenia trzeciego dziecka. Wiedział, że się boję i zdecydował za mnie. Mogło być różnie. Nikt nie dawał gwarancji, że się uda. Pomimo tego cieszyliśmy się i ufaliśmy Panu Bogu. Skoro zdecydował, że dziecko ma przyjść na świat to nie pozwoli, by stało się coś złego – myślałam.

Ze względu na wiek (miałam ukończone 35 lat) lekarz na pierwszej wizycie zlecił więcej badań. Pomimo tego, że byłam pod dobrą opieką z niecierpliwością oczekiwałam dobrze znanego mi badania ultrasonograficznego. Razem z mężem pojechaliśmy w wyznaczonym terminie na wizytę. Na samą myśl ciarki przechodziły mi po plecach.

– Znowu tu jestem – myślałam, uśmiechając się do siebie.

Czekając na badanie serce jak zawsze biło zdecydowanie szybciej. Po wejściu do gabinetu lekarz zadawał standardowe pytania dotyczące wieku, ilości ciąż i liczby porodów. Zdziwił się nieco, gdy usłyszał, że to szósta ciąża, a porody były dwa.

– No nieźle – dodał – Widzę, że mam trudne zadanie. No dobrze, zobaczmy, co słychać u maleństwa. Gotowa?
– Tak, jestem gotowa!
– No to zobaczmy jak się maleństwo miewa.

Po kilku sekundach usłyszeliśmy z mężem równomierne bicie serca naszego dziecka.

– Pięknie bije! – powiedział – Wszystko jest w najlepszym porządku. Silne dziecko!

W 24 tygodniu ciąży okazało się, że urodzi się nam córeczka. Termin porodu lekarka wyznaczyła na piątek 27 maja.

– To niemożliwe – zaśmiałam się.
– Co jest niemożliwe? – zapytała pani doktor.
– Zbieżność dat. Nasza najstarsza córka urodziła się 27 marca, syn 27 lutego, a teraz termin wyznaczono na 27 maja (piątek).
– Hm…, wygląda na to, że planowała pani rodzinę z kalendarzem w ręku 🙂 – zażartowała pani doktor.

38 tygodni ciąży minęło szybko bez komplikacji. 20 maja (tydzień przed wyznaczonym terminem cesarskiego cięcia) rzeczy były spakowane w torbie. W poniedziałek dowiedzieliśmy się, że ze względu na urlop lekarza termin porodu został przesunięty na niedzielę 29 maja.

– Szkoda, że nie urodzi się 27 maja – pomyślałam – Trudno…
– No i mamy problem! 29 maja jest męska pielgrzymka do Piekar. Miałem pomóc jako szafarz – powiedział mąż.
– W takim razie jedź samochodem na Mszę Świętą, poproś Matkę Bożą Piekarską o szczęśliwe rozwiązanie i przyjedź do szpitala – powiedziałam.

Plan był idealny! Nie można było sobie wymarzyć piękniejszego dnia na narodziny dziecka. Po porannej Mszy Świętej o godzinie 7:30 pojechałam z moją siostrą do szpitala. Po przyjęciu na oddział pani doktor poinformowała mnie, że cesarskie cięcie zaplanowane jest na godzinę 13:00.

– Nie zdąży! – myślałam – Przyjedzie po wszystkim! Matko Boża, spraw, aby zdążył.

Przed godziną 13:00 czekałam niecierpliwie na telefon. Okazało się, że z powodu korków miasto jest nieprzejezdne. Pomimo wyboru innej drogi powrót do Katowic trwał prawie 2 godziny.

– Nie zdążę – myślał.

Tymczasem na oddziale pani doktor była bardzo zajęta skomplikowanym porodem naturalnym. Godzinę mojego porodu przesunięto na 15:00.

– Niestety będzie musiała pani zaczekać – powiedziała pani doktor. Mamy trudny przypadek.
– Ależ mnie się wcale nie spieszy – pomyślałam.

Wiedziałam, że to opatrzność i Matka Boża czuwa.

O godzinie 14:50 wbiegł na oddział zestresowany sytuacją mąż. W momencie kiedy podszedł do mnie, wyszła z sali operacyjnej pani doktor.

– No to całusek i zaczynamy – powiedziała z uśmiechem.

O godzinie 15:20 mąż zobaczył w szpitalnym wózku nasze szczęście.

– Proszę ze mną – powiedziała położna – Musimy zająć się maleństwem 🙂

A jednak jest nas pięcioro! Rzeczy niemożliwe, stały się faktem. Dla Boga nie ma nic niemożliwego! Tak samo jak moi rodzice mamy: córkę, syna i córkę. Spełniły się wszystkie nasze plany i marzenia. Co roku, w dniu pielgrzymki kobiet do Piekar Śląskich dziękuję Matce Bożej Piekarskiej za łaskę życia moich dzieci. Całkowicie oddaje je Jej opiece. Dodatkowo, całkiem niedawno uświadomiłam sobie jeden fakt. Moi rodzice mają tu na ziemi dwie wnuczki i jednego wnuka. Bardzo je kochają. Rodzice mojego męża mają trójkę wnuków w niebie. Jestem pewna, że opiekują się nimi doskonale. Pan Bóg podzielił role sprawiedliwie. A my mamy nadzieję, że kiedyś spotkamy nasze ANIOŁKI w niebie.

„Nie umiem dziękować Ci Panie, bo małe są moje słowa. Zechciej przyjąć moje milczenie i naucz mnie życiem dziękować!”

c.d.n.


Beata Matusek