Anioły w moim życiu – część V

Rok 2007 – Anioł Stróż po raz drugi

– Co powiedzielibyście za wspólny wyjazd w góry? – zapytał pewnego dnia mój młodszy brat – Możemy wynająć domek i spędzić tam weekend. Pospacerujemy, pójdziemy na basen, pogramy w scrabble. Co Wy na to?
– Super! – przyznaliśmy zgodnie z siostrą i znajomymi.
– No to postanowione! Jedziemy w góry.

W dniu wyjazdu świeciło słońce. Wycieczka zapowiadała się doskonale. Rano spakowaliśmy kilka rzeczy i wsiedliśmy do samochodu. Droga minęła bardzo szybko. Wszystkim dopisywały dobre humory. Po przyjeździe na miejsce zostawiliśmy torby, spakowaliśmy rzeczy na basen i udaliśmy się w kierunku centrum miasta. W centrum atrakcji i turystów nie brakowało. Po krótkim spacerze pojechaliśmy do hotelu na basen.

Gdzie najpierw? Duży basen, solanki? To może na zjeżdżalnię? Idziemy na basen typu „lejek”?

– Idziemy – pośmiejemy się – odpowiedziałam.

Po chwili stałam razem z bratową przed wejściem do zjeżdżalni. Pozostali stwierdzili, że nie wchodzą i będą patrzeć na nas z góry.

– Nie jestem pewna, czy dobrze robię – pomyślałam – Nigdy wcześniej tego nie próbowałam.

Zastanawiałam się, jakie to uczucie wirować w ogromnym lejku jak na karuzeli i wpaść przez mały otwór do wody. Z góry wszystko wyglądało prosto. Roześmiane osoby wracały na górę, aby zjechać ponownie. Nic nikomu się nie stało. Bratowa, która zjechała pierwsza zdążyła już wyjść z basenu.

– „Raz kozie śmierć” – pomyślałam – jadę.

Pierwszą połowę zjeżdżalni pokonałam w szybkim tempie. Dobrze byłoby, gdybym z taką prędkością wpłynęła do „lejka”, kręciła się jak wszyscy i wpadła przez otwór do basenu. Niestety (sama nie wiem z jakiego powodu) wyhamowałam i zmniejszyłam prędkość zjazdu. Na końcu zjeżdżalni niestety nie miałam możliwości przyspieszenia, aby z odpowiednią prędkością wpłynąć do ”leja”. Spadając pionowo w dół, obróciło mnie i uderzyłam tyłem głowy w bok otworu. Wpadłam do basenu. Czułam, że idę na dno. Basen wydał mi się bardzo głęboki.

– „Musisz wypłynąć”, „Płyń do góry” – słyszałam – „Do góry”.

W głowie dudniło, jakby ktoś uderzał w bęben. Czułam ogromny ból w miejscu uderzenia. Po chwili zobaczyłam światło.

– „Jeszcze troszeczkę”.

Udało się. Po wypłynięciu wzięłam głęboki oddech i rozejrzałam się dookoła. Jako pierwszego zobaczyłam ratownika, którego chwycił za rękę po drodze biegnący do mnie mąż. Później zauważyłam resztę. Dźwięk uderzenia głową w bok plastikowego leja był słyszalny na całym basenie. Zadrżały zjeżdżalnie. Przybiegli inni ratownicy pytając, co się stało.

– Wszystko w porządku? – pytali.

Szybko znalazłam się w punkcie pierwszej pomocy medycznej. Ratownik posadził mnie na kozetce i kilkakrotnie zamrażał sprayem sporego guza. Z powodu wysokiego ciśnienia doszło do zaburzeń widzenia. Plakat, który wisiał na ścianie wyglądał tak, jakby ktoś wyciął w nim literę „C”. Nogi i ręce drżały, a serce biło jak szalone.

– Na razie zostanie pani z nami. Musimy uregulować ciśnienie i zmniejszyć guza – powiedział – Ale pani miała szczęście! To mogło zakończyć się tragicznie! Jak to się stało? W najbliższym czasie trzeba będzie wykonać tomografię komputerową głowy i sprawdzić, czy nic się nie dzieje. Niestety w naszym mieście nie ma możliwości wykonania tego badania. Trzeba jechać do szpitala w sąsiednim mieście – mówił.

Słuchając ratownika spojrzałam w kierunku uchylonych drzwi. Zobaczyłam kilka głów.

– Wszystko ok? Żyjesz? – pytali wszyscy.
– Tak, żyję! Jest dobrze.

Po 40 minutach powoli zaczął wracać do normy wzrok. Obraz stawał się pełny. Głowa nadal bolała okrutnie.

– Proszę nie brać środków przeciwbólowych, bo nie będzie Pani wiedziała, czy stan się nie pogarsza – poradził ratownik – No i obowiązkowo proszę pójść do neurologa.

Trzymając zimny okład z tyłu głowy udałam się do szatni. Czas na pływanie się skończył. Na basenie byłam zaledwie 10 minut – resztę spędziłam w punkcie pierwszej pomocy. Pozostali niestety też nie skorzystali. Po wypadku czekali na mnie pod gabinetem. Po wyjściu z hotelu poszliśmy na obiad i wróciliśmy do wynajętego domku. Dostosowałam się do zaleceń i nie brałam środków przeciwbólowych. Ciężko było skupić się na grach, gdyż czułam się tak, jakby ktoś uderzał młotem w tył mojej głowy. Po powrocie do domu ustaliłam wizytę u neurologa, który zlecił tomografię.

– „Pani ma więcej szczęścia niż rozumu!”. Już nigdy więcej nie wolno pani wejść na zjeżdżalnię – powiedziała stanowczo pani doktor.
– Tak wiem, to nie było mądre. Do tego przed zjazdem powiedziałam do siebie „Raz kozie śmierć” – ciągnęłam dalej.

Lekarska uśmiechnęła się.

– No, było blisko. Na szczęście nic się nie stało. Następnym razem niech pani nie wywołuje wilka z lasu.

Tomografia komputerowa nie wykazała niczego niepokojącego. Pozostał jedynie niewielki guz. Wiem, że szczęśliwe zakończenie nie zawdzięczam „szczęściu”. W tym dniu był ze mną mój ANIOŁ STRÓŻ. To on podczas zjazdu w dół obrócił mnie tak, abym uderzyła najtwardszą częścią czaszki. Nie ma wątpliwości, że uratował moją twarz. Gdybym uderzyła łukiem brwiowym, nosem, uchem lub skronią najprawdopodobniej straciłabym przytomność i nie wypłynęła z basenu. Konsekwencje mojego niefortunnego zjazdu mogły być tragiczne. Teraz, kiedy wyjeżdżam gdzieś z rodzeństwem mam zakaz korzystania z wszelkiego rodzaju atrakcji. Wszyscy są spokojni, gdy po prostu stoję „grzecznie” z boku 🙂 Mają pewność, że nic mi nie grozi! A ja, absolutnie nie polecam zjeżdżalni na basenie 🙂

„Aniele Boży, Stróżu mój. Ty zawsze przy mnie stój!
Rano, wieczór, we dnie, w nocy, bądź mi zawsze ku pomocy. Broń mnie od wszystkiego złego i zaprowadź mnie do życia wiecznego. Amen”

c.d.n.


Beata Matusek