Anioły w moim życiu – cz.1

Każdego ranka po przebudzeniu kieruję wzrok w kierunku wieży kościoła, którą widzę z okna. Dziękuję Panu Bogu za spokojną noc i proszę o szczęśliwy dzień. Oddaję Bogu wszystkich, których kocham. Wiem, że to kim jestem zawdzięczam Jemu. Wszystko co mam pochodzi od Niego. Cała moja przyszłość leży w Jego rękach. On wie kogo i kiedy postawić na mojej drodze. Wie i czyni to, stawiając obok mnie w różnych sytuacjach i miejscach „ANIOŁY”. Anioły w moim życiu przybierały różne postacie. Za każdym razem chroniły mnie, pomagały podejmować decyzje i wybawiały z kłopotu. Były pomocnikami Pana Boga, który czasami miał niezłe poczucie humoru… Ale zacznijmy od początku….

Anioły: Mama i Tata

Pojawiłam się na świecie, bo tak postanowili moi rodzice.  To oni od samego początku kochali mnie i troszczyli o to, aby mi nic nie brakowało. Zawsze kierowali się moim dobrem. Oni powierzyli mnie Panu Bogu podczas chrztu świętego. Dzięki nim mam rodzeństwo, które kocham. Wszystko co dzieje się teraz to ich zasługa – rodzice to Anioły, które znam najdłużej. Za ich istnienie Bogu DZIĘKUJĘ! Powierzam ich jego opatrzności. Niech ich strzeże i prowadzi, tak jak prowadzi mnie! Najlepiej to co im zawdzięczam przedstawia opowiadanie, które usłyszałam na rekolekcjach rodzinnych. Nic dodać…, nic ująć….

Mój anioł

Pewnego razu było dziecko gotowe, żeby się urodzić. Więc któregoś dnia zapytało Boga:

– Mówią, że chcesz mnie jutro posłać na ziemię, ale jak ja mam tam żyć, skoro jestem takie małe i bezbronne?

– Spomiędzy wielu aniołów wybiorę jednego dla Ciebie. On będzie na Ciebie czekał i zaopiekuje się Tobą.

– Ale powiedz mi, tu w Niebie nie robiłem nic innego tylko śpiewałem i uśmiechałem się, to mi wystarczało. Czy na ziemi będę szczęśliwy?

– Twój anioł będzie Ci śpiewał i będzie się także uśmiechał do Ciebie każdego dnia. I będziesz czuł jego anielską miłość i będziesz szczęśliwy.

– A jak będę rozumiał, kiedy ludzie będą do mnie mówić, jeśli nie znam języka, którym posługują się ludzie?

– Twój anioł powie Ci więcej pięknych i słodkich słów niż kiedykolwiek słyszałeś, i z wielką cierpliwością i troską będzie uczył Cię mówić.

– A co będę miał zrobić, kiedy będę chciał porozmawiać z Tobą?

– Twój anioł złoży Twoje ręce i nauczy Cię jak się modlić.

– Słyszałem, że na ziemi są też źli ludzie. Kto mnie ochroni?

– Twój anioł będzie Cię chronić, nawet jeśli miałby ryzykować własnym życiem.

– Ale będę zawsze smutny, ponieważ nie będę Cię więcej widział.

– Twój anioł będzie wciąż mówił Tobie o Mnie i nauczy Cię, jak do mnie wrócić, chociaż ja i tak będę zawsze najbliżej Ciebie. W tym czasie w Niebie panował duży spokój, ale już dochodziły głosy z ziemi i Dziecię w pośpiechu cicho zapytało:

– O, Boże, jeśli już zaraz mam tam podążyć powiedz mi, proszę, imię mojego anioła.

– Imię Twojego anioła nie ma znaczenia, będziesz do niego wołał: „MAMUSIU”.

Autor nieznany

A zatem DZIĘKUJĘ – MAMO i TATO za życie, wiarę i każdy wspólnie spędzony dzień…

Luty 2001 roku – Anioł Stróż!

– Zapraszam! Usłyszałam głos lekarza, po wyjściu pacjentki z gabinetu. Nareszcie pomyślałam… Szybko zerwałam się z krzesła i weszłam do środka. Czekałam na ten dzień z niecierpliwością. To już 13 tydzień! Od ostatniej wizyty minęły 4 tygodnie! Za chwilkę zobaczę na ekranie nasze pierwsze maleństwo! Jeżeli dostanę zdjęcia pokażę je wszystkim jeszcze dzisiaj – myślałam, uśmiechając się do siebie.

Po wejściu do gabinetu było miło. Po krótkiej rozmowie, lekarz wpisał datę w karcie ciąży, poprosił położną o zmierzenie ciśnienia i rozpoczął badanie. Na ekranie monitora zobaczyłam szary ruszający się trójkąt. Nie wiedząc na co patrzeć, zerkałam niecierpliwie raz na ekran, raz na lekarza. Badanie trwało dość długo. Poczułam niepokój. W pewnym momencie coraz mocniejsze naciskanie na brzuch stało się mało przyjemne. Lekarz przybliżył głowę do ekranu, zakrył usta dłonią szukając czegoś nerwowo… Co się dzieje?!… Po chwili odwrócił się, wzruszył ramionami i powiedział:

– Płód jest płaski. Dziecko niestety nie rozwija się. Serce przestało bić. Widoczne są liczne skrzepy i wylewy. Musi pani iść do szpitala. ROZUMIEMY SIĘ ????????

– Spojrzałam na lekarza z niedowierzaniem. Do szpitala? – zapytałam. Jak to?… Tak oczywiście… Muszę tylko zadzwonić do męża i do rodziców, że idę do szpitala… Ale gdzie dokładnie mam pójść?…. Dobrze, zaczekam na skierowanie…

Po wyjściu z gabinetu udałam się w kierunku centrum miasta. W głowie jak echo stale wracały słowa lekarza: MUSI PANI IŚĆ DO SZPITALA! SERCE NIE BIJE! PŁÓD OBUMARŁ! ROZUMIEMY SIĘ?! Skoro lekarz kazał iść do szpitala to idę! Po drodze kupiłam piżamę, szczotkę do zębów i kapcie. Trzymając w ręku skierowanie zmierzałam w kierunku dworca. Łzy jakoś same pchały się do oczu. Ludzie jak mrówki biegali w różne strony, ale nic mnie nie interesowało. Nagle, nie wiadomo skąd usłyszałam klakson i zobaczyłam przed sobą ogromny autobus. Kierowca machał nerwowo rękami krzycząc coś przez otwarte okno. Wystraszona weszłam na chodnik. Ludzie zatrzymali się pytając co się stało. Nie nic… dziękuję, wszystko w porządku! Odpowiedziałam jakiejś starszej pani. Świadoma tego, że byłam o włos od wypadku poszłam na przystanek. Czekając na autobus analizowałam sytuację, która miała miejsce przed chwilą. Byłam wystraszona, ale czułam, że nie jestem sama! Był ze mną on – ANIOŁ STRÓŻ. Szedł obok mnie cały czas. W końcu doszłam do szpitala. Pomyliłam izbę przyjęć i znalazłam się na oddziale płucnym. To nie tutaj! Pani musi iść do ostatniego budynku! Po przyjęciu na oddział byłam już bezpieczna. Ubrałam nową piżamę, kapcie i poszłam na salę.

– Proszę podać pani coś na uspokojenie – powiedział wychodząc z sali lekarz. Zabieg odbędzie się w poniedziałek. Dzisiaj piątek i weekend przed nami. Trzeba czekać …

Marzec 2002 roku – Anioł nr 2 – Pani Małgosia Po powrocie do domu trzeba było wrócić do codzienności. Plany związane z powiększeniem rodziny trzeba było odłożyć na pół roku. Konieczne było wykonanie badań, w celu poznania przyczyny obumarcia płodu. Okazała się nią cytomegalia.

W lipcu 2001 roku radość znów zagościła w naszych sercach. Tym razem musi być dobrze – pomyślałam. Dzięki Panu Bogu zaszłam ponownie w ciążę i udało się bez większych problemów przetrwać 9 miesięcy. Ze względu na brak przeciwwskazań poród odbył się siłami natury. Akcja postępowała bardzo powoli. Po 16 godzinach urodziło się nasze pierwsze szczęście! Niestety pojawiła się konieczność szycia rany czwartego stopnia. Lekarz mający dyżur stwierdził, że „spróbujemy” zaszyć ranę bez znieczulenia. Po 16 godzinach pobytu na porodówce czekała mnie ciężka próba. Na szczęście była przy mnie ona – Pani Małgosia (położna), osoba, której nigdy wcześniej nie widziałam. Do dnia dzisiejszego pamiętam jak bardzo walczyła o wykonanie szycia w znieczuleniu ogólnym. Stanowczo zabroniła lekarzowi podejmowania działań bez znieczulenia, mówiąc podniesionym głosem: „Absolutnie się nie zgadzam. Pani musi dostać narkozę”. Pani Małgosia – ANIOŁ, który był przy mnie w tym ważnym dniu walczyła  narażając się lekarzowi, z którym na co dzień pracowała. To ona uchroniła mnie przed cierpieniem. A byłam jej zupełnie obca… A może tylko mi się tak wydaje?

Październik 2004 roku – Gdzie jesteś Aniele?

Narodziny naszego pierwszego dziecka w marcu 2002 roku były spełnieniem naszych marzeń. Jak wszyscy świeżo upieczeni rodzice koncentrowaliśmy się na wychowywaniu córki. Dziękowaliśmy Panu Bogu za jej życie. Po dwóch latach podjęliśmy decyzję o powiększeniu rodziny. Nie chcieliśmy, aby dziecko wychowywało się samo. Model rodziny 2 + 3 (rodzice i trójka dzieci) od samego początku była moim celem. Jako najstarsza z rodzeństwa miałam szczęście przeżyć narodziny młodszego o 4 lata brata i młodszej o 10 lat siostry. Za każdym razem podejmując temat rodziny mówiłam, że chcę mieć 2 córki i syna – tak samo jak ma moja mama. Planując kolejną ciążę mieliśmy w pamięci smutny finał pierwszej ciąży, ale nie wracaliśmy do tego. Było, minęło… Widocznie, tak musiało być – Pan Bóg przecież wie, co jest dla nas najlepsze. Z optymizmem patrzyliśmy w przyszłość.

Po kilku miesiącach na teście ciążowym pojawiły się długo oczekiwane kreski. HUUUURA! JEST JUŻ Z NAMI! Radość była wielka. Wykonałam kilkanaście telefonów chcąc podzielić się naszym szczęściem z innymi. Od razu też pojawiły się pytania: Jak to będzie w czwórkę? Ciekawe, czy to chłopiec czy dziewczynka? Trzeba zrobić małe przemeblowanie mieszkania! Jakiemu lekarzowi powierzyć prowadzenie ciąży? Dobrze, że mamy większość potrzebnych rzeczy – wózek, łóżeczko, ubranka… Pomimo aktywności zawodowej i wykonywania codziennych obowiązków nie odczuwałam dużego zmęczenia. Trzy miesiące minęły bardzo szybko. Nie dokuczała senność i zmęczenie jak w pierwszym przypadku. Wyniki badań były w normie. W ustalonym terminie udałam się na wizytę podczas, której lekarka miała wykonać kontrolne badanie ultrasonograficzne. Jak ja nie lubię tego badania! – myślałam siedząc w poczekalni.

– Proszę! Usłyszałam znany głos. Weszłam do gabinetu.

– Jak się Pani czuje? Zapytała pani doktor.

– Dobrze, ale trochę się denerwuję i dzięki temu mam ciśnienie książkowe – zażartowałam.

– Poproszę kartę ciąży. Pooglądamy maleństwo

Leżąc na kozetce podczas badania patrzyłam w sufit. Ekran monitora nie kojarzył mi się zbyt dobrze, więc na niego nie zerkałam. Czekałam, aż usłyszę przez głośnik bicie serca…

– Kiedy była pani ostatnio? Zapytała pani doktor.

– Trzy tygodnie temu…

– Cisza…. Długa cisza…. Pojedyncze dźwięki aparatury były jedynymi, słyszalnymi dźwiękami w gabinecie.

– Przykro mi… serduszko nie bije… Widocznie płód był chory i natura sama zdecydowała. Musi pani iść do szpitala. Dam pani skierowanie.

– Znowu? Jak to możliwe? Dlaczego? Dzisiaj piątek – znowu piątek, tak jak za pierwszym razem! Będę musiała czekać do poniedziałku! Czy to możliwe, że znów nas to spotkało? Drugi raz to samo?

Pobyt w szpitalu był okazją do poznania wielu ludzi – pacjentek, położnych, lekarzy. Przypadki, jakie tam widziałam uświadomiły mi, że nie jestem jedyna osobą przeżywającą trudne chwile. Byli tacy, którzy mieli większe problemy. Po powrocie do domu znów byliśmy w trójkę. Myśli plątały się w nieuporządkowany sposób. Nie ma co myśleć – trzeba żyć dalej! – mówiłam do siebie. Pan Bóg przecież wie lepiej… Gdzie jesteś mój Aniele? Czy to możliwe, że mnie zostawiłeś? Jak sobie poradzę? Jestem coraz słabsza i czuję, że zaczyna brakować mi sił. Co się ze mną dzieje? Dlaczego mój organizm zaczyna się buntować?

Wrzesień 2006 roku – Ratuj Aniele! Dzięki Duchu Święty!

Po dwóch latach regeneracji organizmu wróciły siły i myśli o dziecku. Wstępne badania wyeliminowały zagrożenia. Wszystko ok. Można próbować. Tym razem będzie dobrze! Na pewno się uda – bo, jak mówią „do trzech razy sztuka”! Ku mojemu zdziwieniu na pozytywny wynik testu nie trzeba było długo czekać. Mimo tego, że radość była ogromna, ostrożnie i z dystansem podchodziliśmy do sprawy. Nie było euforii i planów. Nie było telefonów. Czekaliśmy na rozwój wydarzeń. Jak Bóg da…

Czekając w poczekalni jednej z najlepszych klinik próbowałam uspokoić bicie własnego serca. Jak ja nienawidzę tego usg – myślałam. To znowu 12 tydzień i znów ten nieszczęsny piątek. Czego się dowiem? Co usłyszę? Czy serduszko będzie biło? Po wejściu do nowoczesnego gabinetu poczułam przyjemny zapach. Lekarz przywitał się ze mną i przeszedł do wywiadu. Miał informację w karcie, że to czwarta ciąża, a poród był tylko jeden. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Po wykonaniu rutynowych czynności przeszedł do badania. Niestety znajoma CISZA nie wróżyła nic dobrego…. Właściwie nie musiał nic mówić, bo wiedziałam doskonale co się stało!

– Przykro mi! Doszło do obumarcia płodu… miejmy jednak nadzieję, że to co złe ma pani już za sobą – usłyszałam. Dam pani skierowanie do szpitala.

– Tak, wiem co robić panie doktorze, nie musi mi pan tłumaczyć. Wszystko wiem…

Wracając do domu w samo południe wrześniowego piątku byłam dziwnie spokojna. Muszę iść do szpitala – to oczywiste, ale nie mogę tego tak zostawić. Tym razem musi być inaczej. Muszę przeprowadzić badania genetyczne. Ten płód musi być zbadany! Muszę wiedzieć dlaczego tak się dzieje! Po powrocie do domu spokojnie usiadłam przed monitorem i zaczęłam poszukiwać informacji o badaniach genetycznych oraz lekarzach, którzy się w nich specjalizują. Kilka telefonów pozwoliło nawiązać kontakt z panią doktor, która wiedziała co i gdzie należy zrobić. Ostatecznie zabieg wykonano w poniedziałek w Rudzie Śląskiej, a płód został zawieziony przez męża do wskazanego przez panią doktor laboratorium. Duch Święty podpowiadał nam cały czas co mamy robić. Co więcej – badanie, które nie należy do tanich zostało wykonane z funduszy przeznaczonych na badania genetyczne. Przypadek? Nie sadzę…

Po czterech miesiącach od zabiegu otrzymaliśmy informację, że wyniki badań są do odbioru i należy umówić się na ich omówienie z lekarzami. Okazało się, że nasz mały ANIOŁEK to chłopiec, który był bardzo chory i nie przeżyłby nawet tygodnia. Wynik stwierdzający wadę genetyczną płodu kwalifikował nas do przeprowadzenia bezpłatnych, szczegółowych badań krwi oraz bardzo dokładnej diagnostyki w przypadku dalszych starań. Pojawiło się światełko w tunelu…

– Wiem, że urodzę jeszcze dziecko – myślałam patrząc na obraz Matki Boskiej Piekarskiej! Nie wiem kiedy to nastąpi, ale wiem, że tak będzie! Będę próbować do skutku! Nie szkodzi, że organizm jest mocno osłabiony! Uda się! Muszę tylko poznać przyczynę i wiedzieć dlaczego tak się dzieje! Wiem, że dziecko będzie ZDROWE! Patrzyłam na nią, a ona uśmiechała się tajemniczo i spokojnie, jakby nigdy nic się nie stało! W ciszy wstawiała się za nami i czuwała. To co wydarzyło się później nie było dziełem przypadku. Nikt nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Bo dla Boga nie ma nic niemożliwego… On postawił na naszej drodze kolejne ANIOŁY, które pomogły poznać prawdę… Chwała Mu za to!!!

Kwiecień 2006 r. – Anioł w Krakowie

Trzy obumarłe ciąże nie rokowały dobrze na przyszłość. Co dalej? – zastanawialiśmy się. Lekarze nie wiedzieli dlaczego tak się dzieje i jak temu zapobiec. Czy donoszę ciążę? Pytałam. A jeżeli nawet donoszę ciążę, czy dziecko będzie zdrowe? Lekarze niestety nie znali odpowiedzi na te pytania. Wyniki badań histopatologicznych wykonywanych po każdym zabiegu wskazywały na przewlekły stan zapalny w organiźmie. Badanie płodu wykazało poważną wadę genetyczną czwartego dziecka. Było spore ryzyko urodzenia dziecka chorego. Pomimo wielu badań żaden lekarz nie wiedział skąd się ów stan zapalny w organizmie bierze. Wizyty u stomatologa, laryngologa, alergologa, hematologa nie wykazały większych problemów ze zdrowiem. Pierwsze złe wyniki pojawiły się w badaniach zleconych przez reumatologa. Nieprawidłowy, dodatni wynik czynnika reumatoidalnego RF (przeciwciała skierowanego przeciwko własnym tkankom organizmu) i przeciwciał przeciwjądrowych ANA (przeciwciała skierowanego przeciwko składnikom jądra komórkowego) zwrócił uwagę lekarza reumatologa na toczeń rumieniowaty układowy (SLE) lub RZS (reumatoidalne zapalenie stawów). Po stwierdzeniu przeciwciał ANA zaczęłam dożo czytać o chorobach autoimmunologicznych. Toczeń rumieniowaty to groźna choroba mającą wiele powikłań. Czytając dużo na jej temat dowiedziałam się, że nie wszyscy ludzie mający dodatnie miano przeciwciał ANA chorują na toczeń.  Czułam, że należę właśnie do tej grupy. Nie wiedziałam dlaczego wyniki wychodzą źle, ale czułam że w moim przypadku diagnoza nie jest trafna. To nie toczeń! – podpowiadał mi Duch Święty. Szukaj dalej – mówił.

– Powinna pani przestać myśleć o ciąży, bo wyląduje pani na wózku inwalidzkim! – powiedziała podczas jednej z wizyt zdenerwowanym głosem pani doktor reumatolog. Mało pani? Trzy martwe ciąże jeszcze pani nie przekonały? Ma pani autoagresję. Wygląda na to, że organizm produkuje przeciwciała zwalczające ciążę – organizm nie chce tej ciąży i ją usuwa! To będzie się powtarzało za każdym razem! – mówiła dalej. Czy badała pani przeciwciała powodujące poronienia? Niech pani już odpuści! Organizm jest osłabiony i każda ciąża to duże ryzyko. Zabiegi w znieczuleniu ogólnym negatywnie wpływają na pracę serca. Powinna pani już zakończyć ten temat. Przecież ma pani jedno dziecko!

– Badałam przeciwciała antykardiolipinowe pani doktor. Były ujemne – odpowiedziałam. Badałam je już trzy razy.

c.d.n.